Czeskie szeptuchy istniały naprawdę. Rozmowa z Kateřiną Tučkovą

Promocja książki Kateřiny Tučkovej „Boginie z Žítkovej” w Krakowie podczas Conrad Festival 2014. Od prawej: Julia Różewicz (tłumaczka i szefowa wydawnictwa Afera), Kateřina Tučková i Łukasz Grzesiczak (Novinka.pl) | fot. Katarzyna Bańka

Jeden krytyk, po lekturze mojej pierwszej książki, napisał, że powinnam raczej siedzieć w kuchni i robić knedliki ze śliwkami… Kiedy próbowałam jednak wydać książkę, nikt nie traktował mnie gorzej z tego powodu, że jestem kobietą – mówi Kateřina Tučková, jedna z najpopularniejszych czeskich autorek, obsypana nagrodami (laureatka m.in. Nagrody Josefa Škvoreckiego, Nagrody Czytelników – Magnesia Litera oraz Nagrody Czytelników – Česká Kniha). Jej książka „Boginie z Žítkovej”, która opowiada o niezwykłym zjawisku kobiet porównywanych ze znanymi nam szeptuchami ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Afera w tłumaczeniu Julii Różewicz.

Łukasz Grzesiczak: Wysoko w górach, w wioskach w Białych Karpatach, gdzieś na granicy morawsko-słowackiej żyją kobiety nazywana boginiami, które mają niezwykłe zdolności: przewidują przyszłość, rzucają uroki, potrafią leczyć. W Pani książce „Boginie z Żitkovej” znajdziemy reprinty artykułów z prasy poświęcone wspomnianym boginiom, powołuje się Pani też na materiały naukowe im poświęcone. Zapytam wprost – czy to jest kolejna czeska mistyfikacja?

Kateřina Tučková: Pół na pół. Książka oparta jest na faktach. Chodziłam do archiwum, czytałam teczki służb bezpieczeństwa dotyczące podejrzanych…

Zacznijmy od początku. Taka wioska istnieje?

Žítková istnieje.

Boginie, czyli kobiety obdarzone niezwykłym darem przewidywania przyszłości, rzucania uroków czy uzdrawiania także istniały?

Istniały. Było ich niegdyś więcej. Można o nich przeczytać już w XVIII wieku, ale opowieści krążą już od czasów starosłowiańskich, kiedy to pojawiły się w tym rejonie i zaczęły odprawiać swoje czary. Co więcej, były takie boginie, które sławiły się swoimi zdolnościami szeroko – od Krakowa po Wiedeń i od Budapesztu po Pragę. Ludzie z całego tego obszaru przyjeżdżali do nich.

Jak wpadła Pani na ich trop?

Za sprawą mojego przyjaciela, który jest etnografem. Zresztą to on także podpowiedział mi temat na moją poprzednią książkę, która w Czechach zdobyła ogromną popularność, a opowiada o wypędzeniu Niemców z Brna. Mój przyjaciel opowiedział mi niesamowitą historię o boginiach, które istniały od czasów starosłowiańskich, a które zostały zniszczone za komuny. Ostatnia z bogiń została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, co uniemożliwiło jej przekazanie swojej wiedzy i umiejętności następnemu pokoleniu. Po wysłuchaniu tych opowieści pojechałam do Žítkovej i zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Ostatecznie okazało się, że ostatnia z bogiń umarła w 2001 roku. Na miejscu jednak wiele osób pamiętało ją i opowiadało mi niewiarygodne historie.

Osobiście nie spotkałam żadnej z bogiń, choć rozmawiałam z osobami, które miały osobiste doświadczenia z tymi kobietami. Te boginie rzeczywiście czarowały skutecznie lub miały tak ogromną siłę sugestii, że pomagały ludziom. Osoby, które je wspominały tak czy inaczej są im ciągle wdzięczne za pomoc, którą od nich otrzymały.

Kiedy przyjechałam na Žítkovą, już z wydaną książką, okazało się, że w ten sam dzień był pogrzeb Štefiny, córki Irmy Gabrhelovej, także jednej z bohaterek książki, uznanej przez mieszkańców za ostatnią boginię. Podobno jej córka, Štefina, też zajmowała się bogowaniem, ale ludzie mówili, że nie jest prawdziwą boginią, nie ma prawdziwego daru. Kiedy jednak zapytałam jak zmarła, okazało się, że została zarżnięta siekierą prze jednego z „klientów”. A ponieważ według wierzeń, każda bogini musi umrzeć śmiercią tragiczną, nie da się chyba przejść obok całej tej historii obojętnie.

Powieść jest pokaźnych rozmiarów. Jak dokładnie przebiegała praca nad nią i jak długo trwała?

Mam taką metodę, że najpierw czytam i gromadzę materiały. Później udałam się do tych miejsc i szukałam pamiętników, relacji, wspomnień. Na końcu sprawdzałam w archiwach, szłam śladami tych ludzi i faktów, które usłyszałam. Dopiero potem przystąpiłam do pisania. Całość trwała trzy lata.

Kateřina Tučková z Nagrodą Josefa Škvoreckiego | fot. materiał prasowy

 

Jak książkę przyjęto w Czechach?

Bardzo dobrze. Temat okazał się interesujący dla Czechów, a książka od samego początku sprzedawała się bardzo dobrze.

Napisała pani książkę o silnych kobietach. Mężczyźni – o ile już się niej pojawiają – są nieudolni, pazerni na władze i kiepscy w łóżku. Czy to w jakiś sposób opisuje kondycję współczesnych mężczyzn, także tych w Czechach?

Nie, nie szukajmy tu uniwersalnego obrazu czeskiego mężczyzny. Natomiast jest to obraz regionu, gdzie mężczyźni byli na dalszym planie z racji sławy bogiń i z racji tego, że to dziewczynki dziedziczyły zdolności i to właśnie one potrafiły swoim czarowaniem utrzymać rodzinę. Mężczyźni nie mieli tej mocy i byli tam traktowani gorzej, stali gdzieś z boku.

Region, który opisywany jest w książce do dziś pozostaje najbiedniejszym w Republice Czeskiej. Był tam mocno rozwinięty alkoholizm, ludzie żyli głównie z sadów owocowych i pędzili alkohol (zwłaszcza śliwowicę). Alkoholizm na Morawach był problemem – nawet dzieciom dawało się śliwowicę, żeby spały, piły również kobiety ciężarne. Z tego właśnie powodu brat głównej bohaterki urodził się z wadą genetyczną. Negatywną męską postacią w mojej książce jest też katolicki ksiądz. Księża – jak świat światem – nienawidzili bogiń i je zwalczali, traktowali je jako relikt pogańskich czasów. Upośledzony chłopczyk, zły ksiądz i mężczyzna z seksualnymi problemami – mężczyźni w książce rzeczywiście nie mają lekko…

W książce znajdziemy też wątek polski. Główna bohaterka udaje się do Poznania, by zbadać dokumenty procesów o czary, które znajdują się w tamtejszym Archiwum Państwowym. Pisze Pani, że Poznań przypomina Brno. Naprawdę?

Przynajmniej tak wygląda w Google View (śmiech). Z Brna do Poznania jest strasznie daleko. Nigdy nie byłam w tym mieście, ale dzięki Google View i panu Stefanowi Olejniczkowi, który bardzo mi pomógł wysyłając mi skany archiwalnych dokumentów, czułam się jakbym tam była.

Teraz banalnie pytanie, które często sprawia kłopot pisarzom: dlaczego pisze pani książki?

Pewnego dnia straciłam pracę. Zanim znalazłam kolejną zaczęłam pisać. Tak to się wszystko zaczęło.

Trudno być pisarzem w Czechach?

Problem jest w tym, że książki w Czechach wychodzą w dość małych nakładach i dla początkującego pisarza trudno jest utrzymać się z ich sprzedaży. Dziś, kiedy mam na swoim koncie kilka książek, które świetnie się sprzedają i na dodatek piszę do gazet, spokojnie mogę utrzymać się z pisania.

A czy łatwo być czeską pisarką, czy łatwo odnaleźć się w męskim środowisku, jakim jest czeski rynek wydawniczy?

Mam wrażenie, że teraz w Czechach jest boom powieściopisarek. Osobiście nigdy nie spotkałam się z jakąś dyskryminacją ze względu na płeć. Choć jeden krytyk, po lekturze mojej pierwszej książki, napisał, że powinnam raczej siedzieć w kuchni i robić knedliki ze śliwkami… Kiedy próbowałam jednak wydać książkę, nikt nie traktował mnie gorzej z tego powodu, że jestem kobietą.

[Rozmawiał Łukasz Grzesiczak]

Fragment spotkanie promującego książkę Kateřiny Tučkovej, które odbyło się 24 października 2014 roku w krakowskiej klubo-księgarni Bona books and cofee w ramach Conrad Festival. W spotkaniu, które moderował Łukasz Grzesiczak z Novinka.pl wzięła udział Autorka oraz Julia Różewicz, tłumaczka książki i szefowa wydawnictwa Afera.

Kup książkę w promocyjnej cenie na stronie wydawcy

O autorze
Dziennikarz i założyciel serwisu Novinka.pl.
Dodaj komentarz

Podaj swoje imię

Twoje imię jest wymagane

Podaj prawidłowy adres email

Adres email jest wymagany

Wpisz swoją wiadomość

Novinka.pl © 2017 Wszystkie prawa zastrzeżone

Designed by WPSHOWER

Powered by WordPress