Pisarz o wielkiej skali głosu. Rozmowa z Michalem Vieweghiem

Michal Viewegh | fot. Jan Karásek

Jest intuicyjnym postmodernistą, krytykuje praskie elity intelektualne i idzie na wojnę z tabloidami. W rozmowie z Mirosławem Śmigielskim, Michal Viewegh – bo o nim mowa – zdradza też przepis na swój literacki sukces.

Mirosław Śmigielski: Pańska pierwsza książka, „Názory na vraždu” („Poglądy na morderstwo), została wydana tuż po upadku komunizmu, przez co chyba trochę zagubiła się w potopie dysydenckich książek opublikowanych w 1990 roku. Jak Pan sądzi, czy to możliwe, że gdyby ten tekst został wydany w gorszym dla literatury czeskiej okresie, Pańska twórczość rozwijałaby się w kierunku, który obrał Pan w „Poglądach na morderstwo”, czyli w kierunku prozy eksperymentalnej?

Michal Viewegh: Oczywiście dziś możemy na ten temat tylko spekulować. Ta książka miała cztery czy pięć bardzo dobrych recenzji, możliwe więc, że w spokojniejszym okresie mój debiut mógłby być jakimś zaskoczeniem czy objawieniem, ale w 1990 roku rzeczywiście przeszedł bez większego echa. Był to natomiast dla mnie wyraźny sygnał, że muszę napisać coś, na co czytelnicy zwrócą uwagę, że muszę napisać bestseller. Za życiowy paradoks uznaję fakt, że udało mi się to „Cudownymi latami pod psem”.

Szukał Pan lepszej drogi, by dotrzeć do czytelników?

Tak, podszedłem do tego w sposób całkowicie pragmatyczny. Byłem świadomy tego, że nowela „Názory na vraždu” to dość hermetyczna, psychologiczna książka o tym, jak pochopnie ludzie wyrabiają swoje poglądy i wiedziałem, że nie jest to zbyt atrakcyjny temat dla szerszego grona czytelników. Przeczuwałem, że potrzebna jest groteska o socjalizmie, bo czytelnikom nie wystarczy dziennikarskie spojrzenie na historię. Ja chciałem napisać historię widzianą z okien domku jednorodzinnego i napisałem ją pod tytułem „Cudowne lata pod psem”. Zgodnie z prawdą przyznaję więc, że szukałem tematu atrakcyjnego dla odbiorców.

Czyli niewykluczone, że gdyby Pańska pierwsza książka została wydana w innym czasie i zdobyła większy rozgłos, nie poszukiwałby Pan atrakcyjniejszych narracji i Pańska twórczość rozwijałaby się inaczej?

Nie jestem w stanie tego dziś ocenić.

Jak długo czekał Pan na wydanie pierwszej książki?

Dokładnie nie pamiętam, ale chyba już w 1984 roku oddałem tekst swojego debiutu „Případ dvanáctého patra” („Przypadek dwunastego piętra”) do wydawnictwa Československý spisovatel, w którym redaktorem prozy był wówczas Petr Bílek (nie należy mylić z Petrem A. Bílkem, szefem zakładu literatury czeskiej na UK). Ten Petr Bílek z wydawnictwa był później, po rewolucji, redaktorem naczelnym „Reflexu”. W każdym razie tekst mu się podobał. Oczywiście mówił, że wydanie go nie będzie łatwe, ale że spróbuje. Wszystko wskazywało na to, że książka zostanie wydana, ale potem na podstawie tzw. zewnętrznej opinii redaktorskiej, która zawsze skupiała się na kwestiach innych niż artystyczne, wydanie zostało wstrzymane.

Poruszał Pan tematy polityczne?

Była to zupełnie przejrzysta metafora życia w kłamstwie. O fabule wspominam w „Cudownych latach pod psem”, których bohater, Kvido, pisze „Przypadek dwunastego piętra”. Akcja rozgrywa się w środowisku nocnych stróży (ja sam również miałem okazję poznać to środowisko) w budynku administracyjnym, który ma jedenaście pięter. Stróżom zostanie przydzielony nowy kierownik, paranoik przekonany o tym, że w budynku jest pięter dwanaście. Stróże są przezeń zmuszani do tego, by zgłaszać obchód również dwunastego, nieistniejącego piętra, myjący okna, podobnie jak sprzątaczki wykazują, że posprzątali na dwunastym piętrze. Karuzela kłamstwa zaczyna się kręcić. Oczywiście była to metafora życia w socjalizmie, okresu, w którym co innego myśleliśmy, a co innego pisaliśmy, mówiliśmy, podpisywaliśmy się pod innymi rzeczami – z tego właśnie powodu tekst nie mógł zostać wydany.

Mówi Pan o życiu w kłamstwie za komuny. Czy dziś ten tekst stracił? Czy może planuje Pan do niego powrócić?

Z moim wydawcą żartujemy, że w dziełach zebranych wydamy go jako ciekawostkę, juwenilia. Myślę, że ten tekst jest zbyt amatorski, ale planuję wrócić do tego problemu, do historii z życia stróżów, choć jeszcze dokładnie nie wiem, w jaki sposób to zrobię. Nie wiem, czy skorzystam dokładnie z tego tematu, ale mógłby się on stać czymś na kształt pierwszej części trylogii. Zdradzam teraz coś, o czym nigdy wcześniej nie mówiłem: mam pomysł na powieść złożoną z trzech części, z których każda rozgrywałaby się w innym dziesięcioleciu: zaczynałoby się w socjalizmie, potem na przykład w tym rewolucyjnym roku 1989 i w końcu dziesięć lat po rewolucji. Głównym bohaterem byłby nocny stróż, który nie jest w stanie uwolnić się z tego środowiska, nie jest w stanie znaleźć sobie normalnej pracy, wciąż pracuje jako stróż, chociaż ma czterdzieści lat, a jego znajomi zdążyli już zrobić kariery itp. Wciąż myślę o tym pomyśle i mam go na liście tematów potencjalnych przyszłych książek, wątpię jednak, żebym wydał ten tekst w pierwotnym brzmieniu.

Czy ten projekt planuje Pan oprzeć na ironii podobnej do tej z „Cudownych lat…”?

Nie wiem jeszcze, jaką atmosferę narracyjną mógłby mieć ten tekst. Chciałbym napisać wielką powieść humorystyczną, ale nie wiem, czy będzie to akurat ten tekst ze środowiska stróżów. Mam też inne pomysły na powieść humorystyczną.

Może Pan uchylić rąbka tajemnicy?

Teraz jest moda na relaks, na weekendy relaksacyjne. Nie możemy żyć bez relaksu, co sporo mówi o szaleństwie naszych czasów. Weekendowe pakiety masaży, kuracji, programów detoksykacyjnych – wydaje mi się, że to wszystko mówi nam coś istotnego o dzisiejszym świecie. Chciałbym napisać groteskę na ten temat.

Wróćmy jeszcze na chwilkę do „Cudownych lat pod psem”. Wydaje się, że książka, choć osiągnęła olbrzymi sukces, nie została w pełni zrozumiana przez krytykę. Największe niezrozumienie spotkało chyba konstrukcję tekstu opartą na delikatnie zawoalowanych odwołaniach do innych dzieł literackich.

Na recenzje „Cudownych lat pod psem” na pewno się nie skarżyłem, były bardzo dobre. Na przykład Pavel Tigrid, późniejszy minister kultury, ważna postać wśród dysydentów, przedstawił bardzo pozytywną recenzję w radiu. Pisał o mnie Chuchma i inni, zazwyczaj pochlebnie. Oczywiście, przez całe życie towarzyszy mi poczucie, że w tej krótkiej recenzji w gazecie nie mieści się nawet dziesiąta część intencji autora. Wiem o tym i zrezygnowałem już z walki przeciw temu. Często się zdarza, że czytelnicy w e-mailach informują mnie, że zrozumieli z moich tekstów dużo więcej, że odnaleźli w książkach rzeczy, które świadomie tam wkomponowałem, a o których rzadko czytałem w tekstach krytyków. Ale nie mogę o tym mówić, ponieważ kilka lata temu podjąłem postanowienie, że nie będę mówić o krytyce i tego postanowienia nie chciałbym złamać nawet w rozmowie dla polskiej gazety.

W późniejszych książkach używa Pan cytatów, podając jednocześnie ich źródło i autora. Czy to kompromis pomiędzy Pańską metodą twórczą i percepcyjnymi możliwościami czytelników?

Cytaty są mi często wytykane. Myślę, że jest to wieloletnie nieporozumienie. Po raz pierwszy wyraźniej użyłem tej metody w „Wychowaniu dziewcząt w Czechach”, gdzie był to element intencji autorskiej. Książka jest oparta na bajkowym archetypie. Ojciec dziewczyny nazywa się Król, ona jest jakby smutną księżniczką, a jej nauczyciel jest księciem, który ma ją rozbawić, czyli akcja opiera się na archetypie najpopularniejszych czeskich bajek. W mojej powieści główną bohaterką jest dziewczyna przeżywająca życiowy kryzys, a pisarz-nauczyciel ma przywrócić jej pozytywne myślenie. Jednak on właściwie nie zna życia. Jest to typ ,,literackiego” człowieka. Charakteryzując go w książce cytuję m.in. Chestertona, pisząc, że jest to człowiek, który kiedy chce zjechać po
poręczy, przeczyta książkę. On nie zna życia, zna tylko jego literackie odbicie. Jego doświadczenia zostały wyczytane z książek, dlatego cytaty mają w tej powieści swoje miejsce. Ilekroć chce przekazać dziewczynie jakąś mądrość życiową czy pogląd, cytuje kogoś innego, ponieważ sam tego nie przeżył. Jego życie jest dość banalne, ma żonę, uczy w szkole podstawowej. Dla mnie cytowanie kogoś jest rzeczą zupełnie naturalną. Jest to uczciwe przyznanie faktu, że inny autor powiedział coś lepiej, dokładniej, dowcipniej niż ja. Otaczają nas miliony tekstów, więc udawanie, że wszystkie myśli są moje, wydaje mi się czymś absurdalnym. Gdybyśmy nie czytali, nasze poglądy, nasze myśli stanowiłyby dziesięć procent myśli człowieka oczytanego. Korzystanie z cytatów jest dla mnie sprawą całkowicie oczywistą.

Czy jeszcze zanim ukazało się „Wychowanie dziewcząt w Czechach” podejrzewał Pan, że jest to powieść, której wydanie będzie z wielu względów niosło ze sobą spore ryzyko?

Szczerze mówiąc książka powstała w następujący sposób: pracowałem w wydawnictwie Českoslovenký spisovatel jako redaktor, a mój szef, redaktor naczelny wydawnictwa, Vladimír Novák, od dłuższego czasu poszukiwał jakiegoś bestsellera. Był to akurat czas, kiedy „Cudowne lata” stawały się pomału przebojem, żartowaliśmy sobie więc: napisz jeszcze jeden, damy ci miesiąc czy dwa wolnego, aż w końcu, może trochę z próżności, powiedziałem: dobrze, biorę miesiąc wolnego i napiszę dla was bestseller. I w ciągu tego miesiąca napisałem „Wychowanie dziewcząt w Czechach”.

W jednej z rozmów wspomniał Pan, że ta książka miała wpływ również na Pańskie życie osobiste.

Pisałem ją w czasie, kiedy byłem przesadnie pochłonięty literaturą. Zbyt mało zastanawiałem się nad tym, czy tą książką nie skrzywdzę swojej ówczesnej żony. Przyznaję, że tak było. Dziś staram się zwracać większą uwagę na ten aspekt literatury.

Krytycy przyjęli tę książkę, w odróżnieniu od „Bajecznych lat”, bardzo… negatywnie. I od tego czasu, na podstawie tej jednej książki, wyrobili sobie opinię na wszystkie kolejne moje teksty. Mi niezbyt podobał się film, ale pod książką wciąż się podpisuję. Oczywiście dziś napisałbym to trochę inaczej, zresztą dziwne by było, gdybym bezkrytycznie patrzył na to, co napisałem piętnaście lat temu. Niemniej myślę, że opakowana w groteskę ze środowiska nauczycielskiego historia dziewczyny, której serce jest zagubione w teorii, jak to cytuję w powieści, i dziś dobrze się broni. Do dziś słyszę od profesorów, że ich studentom bardzo podoba się ta książka, że wciąż jest bliska młodym ludziom. Sporo bym w niej dziś zmienił, ale nie wstydzę się jej.

Żona głównego bohatera „Wychowania” już w pierwszym rozdziale wspomina o tym, że jej małżonek zamierza napisać powieść postmodernistyczną. Będąc świadomym objętości tego problemu, chciałbym mimo wszystko zapytać, czym jest postmodernizm dla Pana jako pisarza?

Nie uważam się za teoretyka, a o tym zjawisku czytałem bardzo niewiele. Kiedy czytałem w książce prof. Jilskiego o prozie brytyjskiej, trafiłem tam na cechy charakterystyczne powieści postmodernistycznych takie jak metatekstowość czy właśnie praca z archetypami. Dziś, po latach, nie umiem już tych wszystkich cech wymienić, ale pamiętam, że kiedy czytałem o postmodernie, stwierdziłem, że ja intuicyjnie, bez świadomości czy chęci wypełnienia jakiegoś programu, piszę teksty postmodernistyczne. Na przykład: banalny temat wprowadzić do innych kontekstów, dzięki czemu zyska on na znaczeniu. Andy Warhol, puszka zupy Campbell’s. Na przykład „Powieść dla kobiet” powstała po tym, jak w księgarni przeczytałem fragment powieści Danielle Steel. Wychodziłem więc z tej głupiej według mnie, powierzchownej książki dla kobiet, wykorzystując podstawowy archetyp: „ona bez powodzenia szuka tego właściwego” albo: „ona z powodzeniem szuka tego właściwego” i spróbowałem to napisać inaczej. Chyba bardziej przekonująco pod względem psychologii postaci, chyba dowcipniej, chyba inteligentniej. To jest dla mnie postmoderna.

Często wytyka się Panu poczucie humoru. Czyż jednak nie jest to najtrudniejsze zadanie dla pisarza – doprowadzić czytelnika do śmiechu?

To zjawisko jest powiązane z tym, jak jest tu odbierana literatura humorystyczna. Nie jest traktowana jako pełnowartościowe dzieło. Kiedyś napisałem aforyzm, że kiedy w powieści opowiadającej o raku matki pojawią się więcej niż dwa dowcipy, jej autor staje się autorem upadłej literatury humorystycznej . Oczywiście jest w tym spora doza przesady, ale też dużo prawdy.

Literatura humorystyczna nie jest traktowana poważnie, jako ta prawdziwa, wysoka literatura. To absurd. Na przykład w Ameryce podobna tendencja nie istnieje. Powieść „Paragraf 22” Josepha Hellera to wyśmienita powieść humorystyczna, a jednocześnie prawdziwa, przejmująca opowieść o II wojnie światowej, z wielkim ładunkiem emocjonalnym. Tam powieść nie jest szufladkowana jako humorystyczna albo niehumorystyczna. Natomiast napisanie prozy, przy której ludzie będą się śmiać, jest bardzo trudne. Każdy może spróbować napisać choćby opowiadanie na dwadzieścia minut i przeczytać je przed osiemdziesięcioosobową publicznością. To przeżywali moi studenci pisania twórczego. Przychodzili na zajęcia i mówili, że napisali opowiadanie satyryczne, ale kiedy czytali je pozostałym studentom, prawie nikt się nie śmiał. Było to dla nich doświadczenie straszne, ale pożyteczne. Tutaj dowcipność odbierana jest jako banalna, oczywista zdolność, ale ludzie, którzy ją krytykują, sami nie potrafiliby jej osiągnąć.

Tutaj to znaczy w Czechach?

Tak, w Czechach szczególnie.

Dlaczego tak jest?

Nie wiem. Humor jest bagatelizowany. Od razu przypisuje się mu estradowość, powierzchowność, zupełnie jakby humor czy ironia były nierozerwalnie połączone z powierzchownością. A przecież można pisać dowcipnie, zabawnie, ale nie powierzchownie. Humor i ironia to elementy maskowania różnych problemów, ironia to sposób i narzędzie poznania.

W jaki sposób konstruuje Pan motywy humorystyczne? Czy pozostałe elementy tekstu są im podporządkowane podczas procesu twórczego?

Humor jest dla mnie naturalną częścią komunikacji międzyludzkiej. Nie chcę być zabawny za wszelką cenę. Kiedy wymyślam dialog dwu inteligentnych postaci, jest dla mnie czymś naturalnym, że staram się, żeby w tej rozmowie zawarty był humor. Na przykład kiedy za chwilę będę rozmawiał ze swoim wydawcą, nasza rozmowa będzie również pełna aluzji, sarkazmu, czarnego humoru itd. Kiedyś powiedziałem, że dla mnie pisarz to przede wszystkim narrator, który opowiada jakąś historię i nie powinien być przy tym nudny. Nie chcę zanudzać ludzi, którzy mnie słuchają. Chcę ich zainteresować, chcę ich rozbawić. Z podobnym nastawieniem przystępuję do pisania książek. Jednak humor to nie jedyny mój sposób, by przyciągnąć uwagę czytelnika. Na przykład w noweli „Aniołowie dnia powszedniego” nie ma zbyt wiele humoru, podobnie w powieści „Zbijany” czy w „Powieści dla mężczyzn” – w tych tekstach korzystam z innych środków wyrazu.

Czyli humor powoli z Pańskich tekstów znika? Zamierza Pan jeszcze do niego powrócić?

Nie wiem, to nie jest mój zamysł. Istnieje stereotyp, że to nie autor szuka tematu, ale temat autora. Mogę to potwierdzić, mnie wielokrotnie odnalazł temat. Ważniejsze jest więc, jakie tematy przynosi mi życie. Jest oczywiste, że w czasie, kiedy przez pół roku codziennie asystuję przy umieraniu swego ojca, nie będę pisał powieści humorystycznych. Wbrew mojej woli życie zmusza mnie do podejmowania różnych tematów.

Jak Pan sądzi, czy możliwe jest, że brak humoru w Pańskich najnowszych powieściach jest związany z tym, że są one skoncentrowane już nie wokół głównej autobiograficznej i autoironicznej postaci, ale narracja opiera się równomiernie na większej ilości bohaterów, w czego efekcie postać stanowiąca Pańskie literackie alter ego staje się właściwie równorzędna wobec postaci pozostałych?

Ja bardzo chętnie wróciłbym do humoru, napisał powieść humorystyczną. Zresztą po „Aniołach dnia powszedniego” napisałem jeszcze „Krótkie bajeczki dla zmęczonych rodziców”, książkę bardzo lekką w odbiorze, którą bardzo lubię czytać na spotkaniach autorskich. Potrzebowałem jej, żeby móc odpocząć od tematów, o których przed chwilą wspomniałem. Upewniła mnie ona w przeświadczeniu, że jeszcze potrafię być dowcipny.

Skoro mówimy już o „Bajeczkach” – czy tę książkę traktuje Pan równie poważnie jak swoje powieści dla dorosłych?

Tak. Oczywiście jestem świadom tego, że nie jest to dzieło literackie porównywalne z Cudownymi latami pod psem czy z Powieścią dla mężczyzn, ale nie czuję też do tego gatunku despektu. Cieszę się, że ta książka się udała, że ma powodzenie u czytelników. Piszą do mnie matki, że dobrze się bawią z mężami przy lekturze moich bajek. Aurel Klimt przygotowuje film animowany na podstawie tej książki, ma to być obraz w stylu pśtyki Karela Zemana, na wpół animowany, na wpół grany przez aktorów. Trochę z zarozumiałości chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz – na rozpiętość gatunków moich tekstów. Tak jak śpiewak może się chwalić zakresem skali, którą opanował, tak ja chwalę się nieskromnie rozpiętością gatunków.

Piszę powieści, opowiadania, nowele, pisałem parodie literackie, poradziłem sobie też z felietonami, napisałem bajki. Myślę, że szeroki wachlarz uprawianych gatunków świadczy o dobrym warsztacie pisarza. Nie chcę być złośliwy, ale przyglądając się innym przedstawicielom literatury czeskiej, na przykład Jáchimowi Topolowi, stwierdzam, że jego rozpiętość gatunkowa jest wyraźnie węższa.

Michal Viewegh | fot. Jan Karásek

Jiří Kratochvil napisał w tekście poświęconym Pańskim parodiom literackim, że kiedy autor pokaże, jak potrafi wcielać się w różne style literackie, pokazuje jednocześnie, że nie ma własnego ciała.

Czyli że kiedy autor umiejętnie naśladuje wiele różnych stylów literackich, zmienia kolory jak, powiedzmy, kameleon, nie ma wyrobionego własnego stylu… Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Ja mam swój styl, wiele razy czytałem o typowym vieweghowskim stylu, którego głównymi elementami jest humor, tempo narracji, filmowa zwięzłość i konstrukcja, język. Jiřímu
Kratochvilowi nie podobają się moje książki, mnie również jego powieści nie zauroczyły. Ja nie wierzę jego bohaterom czy konstrukcjom literackim, w których ludzie zmieniają się w jelenia i przybiegają pod balkon swej ukochanej. My, pisarze, jesteśmy pod tym względem zdeformowani, mamy na podobne problemy literackie bardzo wyrobione zdanie, dlatego często nie podobają się nam książki, które zyskały uznanie czytelników czy krytyki. Ja lubię czytać książki, w których dostrzegam nie konstrukcję literacką, chłodną kalkulację, ale krew, pot i łzy autora.

W przypadku Kratochvila twierdzę, że on swoich książek nie przeżył, poznaję, że to jest tylko jego fabulacja. Podobnie nie umiem się wzruszyć nad losem Agnes z Kundery, ponieważ to jest ten sam typ literatury. Efektowna konstrukcja literacka, bardzo wyrafinowana kompozycja i sposób wyrażania myśli, przyznaję, ale jako człowiekowi jest mi to obce, obojętne. Kiedyś przed rewolucją pożyczyłem na weekend dwa samizdatowe teksty: Hrabala i Kundery. Uświadomiłem sobie wtedy, że Hrabal jest mi o wiele bliższy niż Kundera.

Chciałbym tylko dodać, że w tym samym artykule Kratochvil pisał, że zazdrości Panu świetnych postaci z Pańskiej pierwszej książki.

Ale z upływem czasu zaczął mnie krytykować, twierdził, że rozmieniam swój talent na scenariusze, że staję się scenarzystą, że piszę powierzchownie. Wydaje mi się, że uległ temu stereotypowi. To, że czytelnicy identyfikują się z postaciami z moich książek, potwierdza moje słowa. Jeśli piszę zręcznie, zrozumiale i zabawnie, nie musi to wcale oznaczać, że piszę powierzchownie, nieprzekonująco pod względem psychologicznym, wtórnie.

Nie wydaje się Panu, że w tym przypadku Jiří Kratochovil nie jest wyjątkiem, że właściwie zdecydowana większość czeskiego świata literackiego wytyka Panu te rzekome wady?

Tak, dlatego nazwałem to stereotypem. Są to najczęstsze zarzuty, jakie stawia mi krytyka: komercyjny autor, który pisze tylko dla kobiet i dla pieniędzy, który tworzy pod publiczkę lekkie opowieści z życia klasy średniej. Kiedy słyszę ten argument dziś – po powieściach „Zbijany”, „Lekcje pisania twórczego”, „Powieść dla mężczyzn”, „Aniołowie dnia powszedniego” – takie myślenie uważam za ignorancję, ponieważ wypowiadający to zdanie człowiek wspomnianych książek albo nie czytał, albo czytał, ale nie zrozumiał czy nie chciał zrozumieć.

Czemu czeskie środowisko literackie jest tak niewdzięczne, że swojego najlepszego eksportowego pisarza traktuje w taki sposób?

Ja już się z tym pogodziłem. Cztery lata temu dałem sobie postanowienie, że nie będę mówił o krytyce, nie będę z nikim polemizował na łamach prasy. Nie biorę udziału w tym tzw. życiu literackim, nie chodzę na żadne ceremonie, wręczania nagród, Praski Festiwal Pisarzy itd. Przestałem się w to bawić. Wiem oczywiście, że jest to interpretowane jako dziecinne zachowanie, próżność czy zgorzkniałość, ale ja po prostu odkryłem, że jest mi dobrze w innym świecie, z którego posyłam książki do tego świata literackiego. Moi przyjaciele i koledzy nie wywodzą się ze świata literatury i tak jest mi lepiej. Ze środowisk literackich byłem przez lata wypędzany i nie mam zamiaru na siłę tam wracać.

„Wy macie swoje nagrody, ja mam swoje volvo”? [cytat z powieści M.V.]

To była parafraza słów pewnego komercyjnego pisarza. Oczywiście w tym zdaniu jest trochę przesady. Tak naprawdę, na poważnie, nie podpisuję się pod tymi słowami. Angażuję się jako obywatel, organizuję akcje charytatywne, obecnie prowadzę wielką wojnę z bulwarem, czyli nie jest to bynajmniej tak, że przez życie przejeżdżam egoistycznie w swoim drogim aucie i nic innego mnie nie obchodzi.

Wracając jeszcze do życia literackiego – wziął Pan udział w programie telewizyjnym Kniha mého srdce. W ramach wyjątku?

Nie, to dla mnie raczej część tego świata nieliterackiego. Telewizja to przecież środowisko, które ortodoksyjni prascy intelektualiści mają w pogardzie. Ja kibicuję każdej imprezie, której celem jest propagowanie literatury. Poza tym prowadzący program Jarda Dušek jest moim kolegą, jego obecność była dla mnie gwarancją jakości tego programu. Inna rzecz, że okazało się to być dość nudne i chyba niezbyt udane. Była to próba pokazania literatury na ekranie, a ja popieram wszelkie tego typu inicjatywy.

W swoich ostatnich tekstach często zwraca Pan uwagę czytelnika na sposób, w jaki przekształca Pan rzekomo prawdziwe historie w fikcję literacką, zazwyczaj w ten sposób, że to, co przeżywa postać-autor, przeżywają również, w trochę innej formie, pozostali bohaterowie.

Ma Pan na myśli na przykład te prawie identyczne pasaże z „Powieści dla mężczyzn”?

Tak, między innymi.

Ta zabawa rzeczywistość versus fikcja jest dla mnie czymś typowym właściwie już od „Wychowania dziewcząt w Czechach”, w której to książce celowo wykorzystałem Zbraslav, gdzie uczyłem, ale już milioner jest fikcyjny, dziewczyna jest fikcyjna. Tak jak mówiłem, fabuły Kratochvila i Kundery wydają się mi być mało wiarygodne, ja chcę pokazać, że piszę o czymś, co znam. Jestem świadom tego, że to ciekawi czytelnika, intryguje go. Często może to być wręcz ciekawość trochę podobna do ciekawości czytelników gazet brukowych, z tym, że ja jednocześnie dystansuję się od opisywanych wydarzeń, poddaję tę rzekomą autobiograficzność w wątpliwość. Jest to gra: może to przeżyłem, a może nie, musi to ocenić czytelnik. Własne przeżycia są dla mnie najbardziej naturalnym punktem wyjścia fabuły.

Ivan Klíma mówi: nikt nie może odnaleźć innych fabuł niż swoje własne. Kiedy będzie Pan pisał o małżeństwie, po stokroć może Pan zapewniać, że nie chodzi o Pańskie małżeństwo, ale chcąc nie chcąc wykorzysta Pan podczas pisania swoje własne doświadczenia małżeńskie.

Wydaje się jednak, że Pańskich przeżyć w nowszych tekstach jest stosunkowo mało. Czy wynika to z tego, że jest tu więcej postaci równorzędnych z postacią autora, z jego alter ego?

Również za tymi postaciami skrywają się moje przeżycia, nie tylko za postacią autora. Typowy przykład „Powieść dla mężczyzn”. Jestem jednocześnie Anetą, Cyrilem i Brunonem. Bardzo dobrze pamiętam czasy swojego outsiderstwa, dlatego jestem tym nieśmiałym introwertykiem, jakim jest Bruno, poniżonym w sklepie z drogimi nartami. Znam bardzo dobrze wściekłość Anety wywołaną przez wszelkich, za przeproszeniem, chujów, którzy kradną, kombinują i śmieją się nam w oczy – znam to bardzo dobrze ze swoich rozpraw sądowych z bulwarem. Wreszcie, znam też uczucia tego nowobogackiego Cyrila, mam nadzieję, że nie jestem taką świnią jak on, ale znam to uczucie. Staram się zachowywać wobec kelnerów inaczej niż on, ale ten lekki snobizm, to wszystko
dobrze znam.

Czy w ten sposób powraca Pan do konstrukcji „Uczestników wycieczki”?

Zdaje się, że w tamtej powieści również swoje cechy i myśli rozłożył Pan na większą ilość postaci. Rzeczywiście, za pomocą postaci Jolany przedstawiłem swoje relacje z rodzicami. Jestem tam też obecny jako Max, a także jako posłaniec. Niemniej te kwestie nie są dla mnie prymarne, bowiem z reguły zaczynam od tematu lub postaci. Na przykład w przypadku powieści „Zbijany” wykreowałem początkowo postać brzydkiej dziewczyny. Chciałem napisać powieść o starzeniu się uczniów z jednej klasy, przy czym główną postacią miała być brzydka dziewczyna – myślałem o tym, jak ciężkie musi być jej życie w szkole, zwłaszcza jeśli mieszka na prowincji. Dopiero potem, stopniowo, dodawałem kolejnych bohaterów. Jeszcze nie miałem gotowej fabuły, miałem tę Hůjerovą, którą wymyśliłem na początku, umieszczałem ją w różnych sytuacjach i dzięki temu to s i ę pisało samo. Natomiast przeciwieństwem do „Zbijanego” są „Aniołowie dnia powszedniego” z ich jasną konstrukcją złożoną z trzech paralelnych wątków. Już na początku pisania wiedziałem, że na końcu połączę je w efektowną pointę. Podobnie ułożone są motywy w „Powieści dla mężczyzn”, gdzie również jest kilka paralelnych wątków, np. ten dotyczący dwóch debilków, Šimiego i René – wszystko potem łączy się w całość. Ja traktuję kwestie formalne jako podrzędne wobec tematu, ten sam narzuci autorowi formę. Jest przecież jasne, że jeśli ktoś zdecyduje się napisać książkę o dziewczynie, która się nazywa Bridget Jones, ich-forma będzie jedynym rozwiązaniem, innej możliwości tu po prostu nie ma.

W wielu książkach powraca Pan do tematu masturbacji. Co Pana w tym tak pociąga?

Literacko?

Tak, zostańmy przy literaturze.

Nie zawężałbym tego tematu do masturbacji. Seks jest naturalną częścią mojego życia, tak samo zresztą jak masturbacja, dlatego te tematy są naturalnym elementem moich książek. Jestem przeciwny hipokryzji. Oczywiście każdy człowiek jest inny, niemniej większość moich znajomych ma podobne poglądy na te sprawy, nie myślę więc, że jestem pod tym względem wyjątkowy czy zboczony. Nie piszę tylko o seksie, poruszam też wiele innych tematów, ale kiedy piszę powieść o dwudziestoletniej dziewczynie, która ma na imię Laura i mieszka w Pradze, tego seksu tam nie może nie być. Kiedy spotykam się ze swoją córką czy którąś ze swoich młodszych ex-kochanek, temat seksu jest najczęściej poruszanym przez nie tematem.

Równie często powraca Pan do tematu śmierci, ale w „Powieści dla mężczyzn” postać autora stwierdza, że dopiero teraz w pełni rozumie śmierć, w pełni ją pojmuje. I rzeczywiście, zdaje się, że Pańskie spojrzenie na śmierć ulega ciągłym przemianom.

Cóż, logicznie rzecz biorąc, jest przecież jasne, że kiedy o śmierci pisze dwudziestoośmioletni chłopak, jest to dla niego po prostu dość atrakcyjny temat. Pisałem wtedy jako wielki teoretyk, wielki teoretyk śmierci, ale książkę „Aniołowie dnia powszedniego” pisałem już pod wpływem osobistych doświadczeń.

Kiedy widzi się, jak człowiek umiera – bardzo szybko, bowiem trwało to pół roku – jest to przeżycie, którego nie można z siebie wyprzeć. Jeśli jest się naocznym świadkiem umierania, przeżycie to bardzo wyraźnie wpłynie na nasze dalsze życie. Przeczuwam już, czym jest śmierć. Kiedyś o niej pisałem, tak naprawdę nie czując jej. Teraz już przeczuwam jej istotę.

Nie kusiło Pana, by trochę zbliżyć formułę dziennika do „Sennika czeskiego”, do powieściodziennika?

Chciałem zachować autentyczność. Oczywiście przed laty czytałem „Sennik czeski”, czytałem dzienniki Hanča, Zábrany, Diviša, ale bezpośrednio przed pisaniem swojego dziennika celowo nie czytałem żadnego z nich, żebym ich nie naśladował, nie był pod ich wpływem.

Często powołuje się Pan na Vaculíka, pisze Pan również w dość podobny sposób, odważnie korzystając z własnej biografii, poruszając problemy polityczne i społeczne. Czy czuje się Pan spadkobiercą stylu Ludvíka Vaculíka?

Szanuję pana Vaculíka, choć on nie zawsze wyraża się o mnie pochlebnie. Lubię go i respektuję jego zdanie. Znam jego zachowanie rozzłoszczonego starca, które czasem prezentuje, i jego pewne zapatrzenie w siebie. Myślę, że on nie jest typowym pisarzem czy prozaikiem, ale raczej piszącym dziennikarzem, bo przecież przez długi okres był dziennikarzem. Vaculík właściwie nigdy nie pisał fikcji, jego książki są wariacjami na jego życie. Wszyscy ci Józefowie i im podobni są wariacjami na jego życie. Muszę powiedzieć, że zawsze broniłem go przed ignorantami typu Slomka, kiedy pisali o niesmacznym ekshibicjonizmie w książce „Jak se dělá chlapec”. Ta książka została okupiona wielkim bólem. Mam zrozumienie dla tego, że człowiek na progu siedemdziesiątego roku życia może się zakochać w dwudziestopięcio- czy dwudziestotrzyletniej kobiecie. Nie czuję z tego powodu zgorszenia, to się po prostu może człowiekowi przytrafić. Podoba mi się, jak potrafił stawić temu czoła, podoba mi się opowieść o tym, jak pojechał przedstawić się jej
rodzicom, którzy byli trzydzieści lat młodszymi od niego morawskimi katolikami. Wyobrażam to sobie jako piękną groteskową scenę. Podoba mi się jego wewnętrzna uczciwość.

Często cytuję jego zdanie: napisz dobrze, co zrobiłeś złego, a otrzymasz rozgrzeszenie. Ta odwaga, by zdradzić o sobie coś negatywnego. To dzięki niemu mogę dziś pisać w dzienniku o hemoroidach, dzięki niemu, kiedy przyjadę do biblioteki w jakimś miasteczku, a pani dyrektor mówi, że czytała mój dziennik, na co odpowiadam: w takim razie wie Pani już, że jestem alkoholikiem, poligamistą i że mam hemoroidy. To jest katharsis, oswobodzenie. Nie muszę nic ukrywać, bo też nie mam wiele do ukrycia. Nie jestem Józefem Fritzlem, nie robię strasznych rzeczy, robię rzeczy ludzkie, które robi większość ludzi. Dziennik to dla mnie coming out. Mój dziennik umożliwił mi przeżycie i doznanie tej oswobadzającej siły.

Jak to możliwe, że jest Pan jedynym czeskim pisarzem, który ma problemy z prasą brukową?

Po prostu przekroczyłem prędkość dźwięku, pewną granicę. Moje książki zaczęły być filmowane. Kiedy tylko człowiek pojawi się w świecie filmu, nagle pojawia się razem z aktorkami itp., staje się częścią show biznesu. To jeden powód. Po drugie: jestem tym najbardziej znanym, najsławniejszym, najlepiej się sprzedającym, a to są przymiotniki, które przyciągają gazety brukowe. Przyciąga je ten, kto wystaje przed szereg, kto jest w jakiś sposób ciekawy. A ja jestem jedynym milionerem wśród pisarzy – i to jest temat dla brukowców. Jednak ofiarą brukowców stałem się głównie dlatego, że uczyłem pisania twórczego. Jakiś student z innej
grupy wymyślił sobie, że jedna z moich studentek jest też moją kochanką. Napisano o tym w jednej z tych gazet i, co było jeszcze gorsze, na Boże Narodzenie 2004 wyemitowano reklamę tego numeru, którą na telewizji Nova widziało dwa i pół miliona ludzi. W tej reklamie padło zdanie: Viewegh opuszcza ciężarną żonę dla kochanki. Jedna czwarta narodu to słyszała. Powiedziałem sobie, że na to nie pozwolę, że nie mogę tego tak zostawić. I zacząłem z tym walczyć.

Nie obawia się Pan, że walcząc z brukowcami, sprowokuje Pan podobne sytuacje?

Oczywiście, teraz będę pierwszym w kolejce, najbardziej poszukiwanym celem. Ale człowiek nie może być tchórzem, nie może się bać. Po prostu muszę uważać.

Czy myśli Pan, że poprzez walkę może Pan jakoś naprawić te wydarzenia? Nie jest Pan trochę bezbronny w tym przypadku?

Przede wszystkim przepisy nie chronią przed podobnymi sytuacjami. Wydawcy gazet brukowych w Czechach bardzo dobrze wiedzą, że mogą praktycznie bezkarnie kłamać, o kimkolwiek zechcą. Wiedzą, że większość osób ich za to nie pozwie, nie istnieją precedensy, wyroki skazujące. Jeśli nawet ktoś skieruje pozew do sądu, kara będzie łagodna – największa dotychczas wyznaczona kara pieniężna wynosiła dwieście tysięcy koron, podczas gdy wydawca Aha! zapłacił za reklamy telewizyjne w tym roku, w którym się sądziłem po raz pierwszy, sto trzydzieści sześć milionów koron. Kiedy ktoś sądzi się z Bleskiem, zwraca się przeciwko międzynarodowemu koncernowi Ringier, który osiąga miliardowe zyski, a płaci wyznaczonych dwieście tysięcy koron kary. Sąd w takiej sytuacji nie spełnia swojej funkcji. Czeski trybunał konstytucyjny orzekł, że wyroki w sporach o ochronę prywatności powinny pełnić nie tylko funkcję rekompensaty, ale też funkcję prewencyjną.

Wspomniał Pan, że jest Pan dla gazet brukowych tym „naj”. Ile egzemplarzy „Powieści dla mężczyzn” zostało sprzedanych? Ponad sto tysięcy?

Tak, ponad sto dziesięć tysięcy.

Jak to możliwe, skoro sprzedaż trzytysięcznego nakładu uważa się w Czechach za spory sukces? Czyżby Czesi czytali już tylko Pana?

Nie, ale nakłady moich książek już wcześniej nie były małe. W pierwszym nakładzie wydajemy około czterdziestu tysięcy. Wciąż powtarzam, za swój sukces zawdzięczam wielu szczęśliwym przypadkom, m.in. temu, że przyszedłem w odpowiednim czasie z odpowiednią książką, czyli z „Cudownymi latami pod psem”. Myślę też, że zbieram owoce swojej polityki medialnej. Nigdy nie sądziłem, że wystarczy wydać książkę i czekać na jej sukces, to bardzo głupi pogląd. Różnię się pod tym względem od praskich intelektualistów. Książka jest towarem i nie stanowi wyjątku w prawie popytu i podaży. Książkę też trzeba promować, kto tego nie rozumie, jest ignorantem.

Weźmy chociażby targi książki – te we Frankfurcie stały się już jednym wielkim show biznesem. Jeśli czescy intelektualiści przeczą takiemu spojrzeniu na rynek księgarski, podcinają gałąź, na której sami siedzą.

Chciałbym na koniec naszej rozmowy jeszcze na chwilę wrócić do problemu krytyki literackiej. Jak to możliwe, że Pan, naprawdę najpopularniejszy czeski pisarz, kreuje postać, która zabija krytyka literackiego łopatą i grzebie jego ciało pod węglem w piwnicy. Czy to starcie z krytyką było dla Pana aż tak dotkliwe?

Oczywiście była to hiperbola, nikt nie może chyba sądzić, że ja miałbym podobne pragnienia. Poza tym narzędzie zbrodni, czyli łopata, kojarzy się z krytykiem Janem Lopatką. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że jestem świadomy tego, że przez lata zachowywałem się często wręcz histerycznie, ale z drugiej strony: gdyby ktokolwiek inny przeżył tak wiele dezinterpretacji, demagogii, cytatów wyciągniętych z kontekstu, recenzji, które nie mają z literaturą nic wspólnego, będących tylko załatwianiem osobistych rachunków, czyli gdyby poczuł na własnej skórze czeską krytykę literacką, może zrozumiałby niektóre moje reakcje.

Co Pana jeszcze bawi w literaturze? Co Pana obecnie najbardziej pociąga?

Przede wszystkim muszę powiedzieć, że literatura mnie naprawdę wciąż bawi. Obecnie piszę nowe opowiadania o miłości. Do opowiadań wróciłem z wielką radością. Może ciężko w to uwierzyć, ale ja codziennie o dziewiątej rano idę do pracowni z kubkiem kawy i cieszę się z tego. Jest to wręcz łatwiejsza część dnia niż popołudnie, kiedy zajmuję się dwójką małych dzieci. Pisanie mnie bawi. Nie lubię się w pisaniu powtarzać. Wystarczy zresztą spojrzeć na moje ostatnie książki – aniołowie, bajki, powieść dla mężczyzn – ja nie robię cały czas tego samego. Zawsze stawiam przed sobą nowe wyzwania. Poza tym pisanie ma przyjemne konsekwencje – umożliwia mi stosunkowo luksusowe życie, pozwala mi samemu określić swój styl życia, jego tempo. Nie mam żadnego szefa. Jestem właściwie absolutnie niezależny. Mogę pozwolić sobie na wygłaszanie opinii na czyjkolwiek temat, np. polityków. Mój wydawca jest moim kolegą, nie szefem. To ja mu mówię, co kiedy wyjdzie, nie on mi. I to jest chyba największy luksus mojej sytuacji.

[Rozmawiał Mirosław Śmigielski]

Tekst pierwotnie został opublikowany w magazynie „Pan Slawista”. Publikujemy go za zgodą Mirosława Śmigielskiego.

O autorze
Dziennikarz i założyciel serwisu Novinka.pl.
Dodaj komentarz

Podaj swoje imię

Twoje imię jest wymagane

Podaj prawidłowy adres email

Adres email jest wymagany

Wpisz swoją wiadomość

Novinka.pl © 2021 Wszystkie prawa zastrzeżone

Designed by WPSHOWER

Powered by WordPress