Patrik Oriešek: To nie jest kraj dla ludzi bez samochodów

Patrik Oriešek jest słowackim dziennikarzem, mieszka w Krakowie | fot. archiwum prywatne

Oj, podjąłbym się tej próby antropologicznego opisu, podjął. Ale obawiam się, że nic by z tego nie wyszło. Polska mocno opierała się jakimkolwiek usystematyzowanym opisom. Trzeba było ją traktować w sposób wolny, metaforyczny, pełen dzikich analogii lub szczególnie sprośnych alegorii. Była chaotyczna, biedna, brudna, podchmielona, rozwalona.

Czasami czułem się jak mistyczny bohater książki Orhana Pamuka. Regularnie podróżowałem busikiem z Krakowa do Cieszyna. Lub w drugą stronę – z Cieszyna do Krakowa. Podczas każdej podróży czułem, że może być to ta ostatnia. Bałem się, że kiedyś rzeczywiście wstąpię w „nowe życie”. Chociaż wcale nie zamierzałem. Polskie drogi były groźne i niebezpieczne. Jeździli nimi szaleńcy, którzy nie respektowali żadnych przepisów. Ani praw fizyki. Wyprzedzali we mgle, w deszczu, na oblodzonej jezdni. Nie przeszkadzała im żadna pogoda. Najważniejsze, by o minutę wcześniej dojechać do celu. Jakby w ogóle nie zależało im na życiu. Jedynie błyskające koguty samochodów policyjnych były w stanie ich poskromić. Albo karetki, które zbliżały się do miejsca wypadku, z którego wywoziły trupy.

Busiki, którymi podróżowałem, były naprawdę w kiepskim stanie. Prywaciarze, którzy chcieli rozkręcić biznes, przywozili je wprost z tureckich złomowisk – po stłuczce, rozwalone, z przekręconymi tachometrami, ze zniszczonymi oponami. Rdza zżerała blachę, gryzła ostrymi zębami podłogę stopniowo odłupującą się od karoserii. Wnętrza były ciemne, wypatroszone jak jesiotr. Mogły zostać wykorzystane jako miejsce akcji w filmach grozy. Lub w perwersyjnym sadomasochistycznym japońskim porno. Metalowe krzesła przytwierdzone do podłogi gigantycznymi śrubami, poplamione olejem dziurawe tapicerki, łańcuchy zwisające z luków bagażowych, porozrzucane narzędzia. Tak mogły kiedyś wyglądać wnętrza w filmach Masao Adachiego: Aborcje, Rewolucje kontroli urodzeń, Gdy embrion rusza na łowy.

Najchętniej podróżowałem pojazdami firmy Comfort Bus. Ich wnętrza były najbardziej obskurne. A busiki psuły się najczęściej. Pełne niespodzianek. Mogło im odpaść przednie koło i doturlać się do rowu pełnego plastikowych butelek, mogło odlecieć lusterko wsteczne i jak wystraszony ptak uderzyć w przydrożne barierki. Zawsze miały opóźnienia. Czasami nie przyjeżdżały w ogóle. Rozkład jazdy był bardzo nieregularny, płynny. Chciałoby się powiedzieć: kapryśny. Kierowcy również byli z górnej półki. Z wąsem lub bez. Za to wszyscy z komórkami, przez które omawiali sprawy bieżące. Jak to Janek, kurwa, wczoraj trochę przesadził, jak się małżonce skórzany but w drodze do sklepu rozpierdolił, jakby się kurwa jeszcze napił, ale musiał wcześnie wstać, bo miał rejs do Krakowa. Na siedzeniach nie dało się wysiedzieć. Z podróżnymi porozmawiać. Chyba że o pączkach z Wadowic. Trzeba było koncentrować się na sobie. Albo obserwować zwykłych pasażerów, kierowców, stare babcie, studentów. Mistycyzm splatał się tutaj z gore, wysokie z niskim, ludowe z elitarnym, osamotnienie z tłumem. Stare Życie z „Nowym”.

Wzdłuż wiejskich dróg wyrastały krzyże jak grożące palce Boga.

Musiałem mieć samochód. Choćby wirtualny. Wszystko jedno jaki. Wcześniej czy później każda konwersacja w tym kraju sprowadzała się do samochodów. Nie był to kraj dla ludzi bez samochodów. Samochód określał status jednostki. Ekonomiczny, społeczny i parafialny. Człowiek bez auta był podejrzany. Niebezpieczny. Potencjalny wariat, morderca lub żul. Najgroźniejsi byli ci, którzy przemieszczali się transportem publicznym. Dla tych już nie było ratunku. Chyba że szybko zakupią jakiś pojazd. Choćby taki, którym nie można jeździć.

Mój przypadek był więc beznadziejny. Nie chciałem kupować samochodu i lubiłem jeździć MPK.

Po pewnym czasie przestało mi wystarczać podróżowanie na trasie Kraków–Cieszyn. Chciałem widzieć więcej. Zacząłem podróżować po całym kraju. Chciałem poznać każdy zakamarek. Centrum i peryferie. Zrozumieć kraj i ludzi, którzy go zamieszkiwali. Do dzisiaj nie potrafię pojąć, dlaczego próbowałem to zrobić racjonalnie. Za pośrednictwem logicznego myślenia, systemu zdań analitycznych i jednoznacznych pojęć. Przecież Polska była dla mnie tak samo egzotyczna jak Kambodża czy Sierra Leone. Początkowo czytałem w podróży wyłącznie prace polskich logików. Ajdukiewicza, Tarskiego, Szaniawskiego, Łukasiewicza, Bocheńskiego. Ich rozważania w niczym mi nie pomogły. Nie potrafiłem skonstruować zdań o polskiej rzeczywistości, które byłyby prawdziwe. Żaden teoretyczny model Polski nie sprawdził się na tyle, abym zajął się nim dłużej. Pozostał jedynie eksperyment. W dużej mierze estetyczny. Doświadczanie krainy. Obserwowanie faktur, fasad, wzorów. Zapachów i smaków. Niejasne impulsy i odczucia. Fragmenty opowieści, krótkie sekwencje obrazów pełne kresek i plam.

*

Podczas powolnej jazdy pociągiem Polska centralna oddziaływała na mnie wyjątkowo depresyjnie. Ponura wyobraźnia przestrzenna polskich rolników, jakaś dziwnie powykręcana romboidalna geometria pól i lasów, zimowe światło – to wszystko powodowało, że miałem ochotę się powiesić. Przed samobójczymi myślami ratowała mnie tylko wódka. Piłem z kompanami podróżującymi w tym samym przedziale. Wymachiwali sztandarami jak krzyżowcy przed walką z mahometanami. Rozumieli mój smutek. Jechali na mecz piłki nożnej. Lider grupy kibiców częstował mnie papierosami, chociaż w przedziale nie można było palić. Głowę miał łysą jak więzień z Kołymy. Mówił, że czuje się z nimi spokrewniony. Jego dziadek spędził młodość w Chabarowsku. Na znak szacunku wobec dziadka goli głowę raz na tydzień tępą maszynką, którą po nim odziedziczył. A razem z nim wszyscy wierni wasale. Konwersacja w przedziale przebiegała w przyjaznej atmosferze. Chłopaki pytali mnie, czy znam zawodnika Jelenia. I skoczka Małysza. I śpiewaczkę Dodę. I prezesa Kaczyńskiego. Wesoło przytakiwałem, wchłaniając kolejną porcję wyborowej. Pociąg parę razy niespodziewanie zatrzymał się w szczerym polu. Abym nie zmarzł, dostałem szalik z dużymi napisami dla dyslektyków. Widok sikających w szeregu krzyżowców napawał moje piersi dumą. Podziwiałem ich. Alkohol wszelkiego rodzaju lał się wysokimi łukami na zmarznięte grudy polskiej ziemi jak kolorowa tęcza.

Wytrzeźwiałem dopiero w Łodzi. Amol doprawiony etiopską kawą i pseudoefedryną nareszcie zadziałał. Robotnicze osiedla, opustoszałe fabryki, zapyziałe skwery z modernistycznymi klockami, które nie pasowały do szorstkiego polskiego klimatu. Szare ściany obsmarowane kwaśnymi deszczami, podwórka, na których srały bezpańskie psy, zaułki żulami śmierdzące, kocie ścieżki prowadzące do sklepów z wódką, działające wciąż socrealistyczne domy handlowe, śródmiejskie dyskoteki napierdalające do szóstej rano, pijane kanary w popołudniowych tramwajach, policja nieingerująca w zabawy dzieciaków trzęsących rachitycznymi kamienicami przeznaczonymi do rozbiórki. Subtelne piękno mokrych ulic. Ten siermiężny polski Detroit zawsze potrafił mnie rozweselić.

W Toruniu wyczerpał się łódzki trans. Z wielką przyjemnością odwiedziłem kilka knajp. Bar Marakesz ze statuetką jednookiego Buddy, oczojebną hacjendę Pancho Villa, która mieściła się w gotyckim budynku, Moose Cafe – raj dla hipsterów, których w tym ludycznym, piernikowym mieście w ogóle nie było. Miasto nie podobało mi się nawet po dwóch setkach, które wychyliłem w towarzystwie miejscowej działaczki feministycznej narzekającej na brak perspektyw. Wyglądało jak poturbowane bydlę, które ukradł pijany złodziej i niewprawną ręką poprzepalał na skórze znaki poprzedniego właściciela. Zrobił to parę razy. Dlatego, że kręciło mu się w głowie, ale też z sadystycznej potrzeby. Był to zresztą problem większości polskich miast. Szczególnie na „Ziemiach Odzyskanych”. Wszędzie czuło się powiew wczesnych lat dziewięćdziesiątych. To nieudolne naśladowanie zachodnich miast przyprawiało o zawrót głowy. W poniemieckich miastach wydawało mi się, że jestem ostatnim dinozaurem wędrującym przez świat pojebanej estetyki, której nie ma już nawet w albańskich komiksach.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za parę dni wyląduję w Grudziądzu.

Logika i racjonalne myślenie poniosły klęskę, zainteresowałem się więc prozą. Wydawało mi się, że Polska będzie lepiej zrozumiała przez pryzmat lżejszych gatunków. Prozę romantyków i pozytywistów ignorowałem z zasady. Było to dość karkołomne, zwłaszcza w przypadku romantyków, ponieważ era cierpiących geniuszy nigdy się w polskiej literaturze nie skończyła. Polscy artyści cierpieli z zadziwiająco niewyczerpalną energią i młodzieńczą bezczelnością. Cwaniakowali, używając niegramatycznych struktur, uprawiali nieznośnie afektowaną językową żonglerkę, nie udając już nawet, że mają coś do powiedzenia.

Ciągle jednak kusiło mnie racjonalne myślenie. Jedyna polska powiastka filozoficzna nie działa się jednak w Polsce, lecz w szesnastowiecznym Meksyku.

Później zacząłem czytać literaturę podróżniczą. Nawet jeśli nie była o Polsce. Konsumowałem ją jak hamburgery. Na miejscu. Intelektualno-poznawczy fast food. Wszystkie reportaże były jednakowe. Doprawione autorską omnipotencją. Autorzy wiedzieli zawsze więcej i lepiej niż ludzie, o których pisali. Mieli dostęp do każdego, o kim pomyśleli. Począwszy od nowo wybranego premiera, skończywszy na dowódcy nieznanej nikomu grupy separatystów. Każdy napotkany człowiek był dla nich reprezentatywny. Autorom zawsze udawało się wydostać z tarapatów, nawet tych nierozwiązywalnych. Narrację mogła w trybie awaryjnym prowadzić nawet odcięta głowa. I wcale nie było istotne, czy jest to głowa mudżahedina czy ściętego pisarza. Był to tylko naiwny kamuflaż. Inny, bardziej elegancki sposób na bycie romantycznym w XXI wieku. Pomysł na to, jak bezpiecznie wystawiać się na niebezpieczeństwo, na tajemne zło świata, które istniało wyłącznie w wyobraźni autorów.

Do innych gatunków byłem nastawiony jeszcze bardziej sceptycznie. Polska poezja, zresztą jak każda inna, nie mówiła o niczym. Doskonale za to sprawdzała się podczas krótkich podróży. Na przykład z Krakowa do Olkusza. Historia z kolei niczego nie uczyła. Pasowała na długie trasy. Na przykład do Gorzowa albo Morąga. Sugerowała jedynie, że sąsiednie mocarstwa przesuwały Polskę w regularnych interwałach ze wschodu na zachód jak starą, posklejaną szafę, która przeszkadzała im w generalnych remontach. Zmiany granic przypominały niezdecydowane ruchy Frankensteina na wózku inwalidzkim na środku dużego skrzyżowania, chwilę przed zderzeniem z tureckim tirem. Dla mnie, człowieka z krainy, która nie istniała, a więc nie miała żadnej tożsamości, taki sposób egzystencji historycznej wydawał się jeszcze bardziej absurdalny niż bycie w niebycie.

*

Obudziłem się na ławce. Było zimno. Na ulicy lśnił szron. Pamiętałem, że jechałem autobusem. Kierowca nie miał banknotów ani monet. Oczekiwał, że zapłacę wyliczoną sumę. Nie zapłaciłem.

– Panie, powinieneś wiedzieć, ile kosztuje bilet – warczał jak pies przywiązany do pordzewiałego roweru.

Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wokół mnie wyrosły jakieś dziwne białe stodoły poprzecinane ciemnymi belkami. Nie mogłem się zorientować, gdzie jestem. Okazało się, że w Bydgoszczy. I że te stodoły, pod którymi leżałem, to zabytkowe spichlerze. Symbole miasta. Biegłem długimi alejami, żeby się rozgrzać. Policyjne patrole przyglądały mi się bacznie, ale mnie nie zatrzymywały. Podobnie jak w Toruniu, tu też miałem wrażenie katastrofy mieszczaństwa. Jakiegoś straszliwego kataklizmu, dżumy, nalotu szarańczy z innej czasoprzestrzeni, ataku wirusa eboli, który wygnał z miasta rodzimych mieszkańców. Ulice były wielkomiejskie, ale styl życia mieszkańców świadczył o czymś zupełnie innym – utrwaleniu wiejskich manier. Szerokie ulice były puste. Ogromne przestrzenie, na których rozpościerało się miasto, stwarzały wrażenie nieskończoności. Czułem się tam jak w Bratysławie. Dosłownie i w przenośni. Strasznie napierdalała mnie głowa. Potrzebowałem snu.

Z daleka, jakby przez wodę, do moich uszu dolatywały niepokojące dźwięki. Otworzyłem oczy, ale nic nie było widać. Skowyt narastał. Uświadomiłem sobie, że pochodzi z łóżka obok. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Niezrozumiałe jęki przeistoczyły się w agresywne słowa.

– Ja pierdolę! Boli mnie! Zabiję! Ja pierdolę!

W sześcioosobowym dormie paliło się światło. Mój współlokator maszerował tam i z powrotem po pokoju. Facet koło czterdziestki, dobrze zbudowany, o kocich ruchach. Ciągle przyśpieszał. W jego oczach pojawiało się szaleństwo. A może po prostu straszliwy ból.

– Ja pierdolę! Boli mnie! Boli! Nie bój się! Zabiję!

W mieście nie było hosteli, musiałem więc zatrzymać się w zapuszczonym schronisku młodzieżowym. Opcja siermiężna, ale pociągająco tania. Na korytarzach unosił się smród gotowanej kapusty i lizolu. Dostałem pokój z tym dziwacznym, gburowatym facetem, niedoszłym wychowankiem warszawskiego AWF. Dwa dni temu wypuszczono go z aresztu śledczego w Toruniu. Czyżby miał zamiar tam wrócić? Czyżbym miał mieć z tym coś wspólnego?

Próbowałem go uspokoić:

– Spokojnie, wyluzuj człowieku, będzie dobrze. Uspokój się.

Obłąkańczo chodził z kąta w kąt i nie przestawał krzyczeć. Pół godziny później nie wytrzymałem i zacząłem się drzeć:

– Kurwa! Jak się nie zamkniesz, będzie cię bolało jeszcze bardziej! Słyszysz?

Wzbierała we mnie fala złości. Nic to nie pomogło. Nie słyszał mnie. Dalej pięcioma krokami przemierzał celę w swojej głowie. Musiałem się ewakuować, on najwyraźniej nie miał zamiaru. Recepcjonista udawał, że śpi. Był zdziwiony, że go budzę. W końcu przydzielili mi pokój na innym piętrze. W pokoju leżał student informatyki z północnej Nigerii. Wypiliśmy herbatę z melisy, ale nadal nie mogliśmy spać – z dołu docierały do nas całą noc przytłumione jęki. Tak poznałem Sulejmana.

Rano pojechaliśmy do Chełmna. Sulejman był muzułmaninem, wódki ani piwa nie pił, a w kieszeni skakał mu makak. Bardzo dziki makak. Krótko mówiąc, nie nudziliśmy się. Miasto nie prezentowało się źle, tylko że wszystkie zabytki były zamknięte na kłódkę. Cukierkowy ratusz z wieżą ciśnień pośród wiejskich chałup zmuszał do myślenia. Humor poprawił nam rozklekotany autobus do Grudziądza. Dopiero jadąc kujawską wsią tym kombatanctwem polskich dróg, zrozumieliśmy odwieczne intencje polskich filmowców. Zawsze uważałem, że to zainteresowanie polskiego kina patologią społeczną, syfem, gwałtem i grabieżą jest wyolbrzymione. W północnej Polsce zmieniłem zdanie. Już nazwy wsi brzmiały tajemnie i złowieszczo. A zarazem prześmiewczo. Czarne Błoto, Zławieś Wielka, Bruki Kokocka, Górne Wymiary, Nowe Dobra, Lisie Kąty, Jamy, Zarośle, Okrągła Łąka.

Co się działo w tych domach na odludziu? Czy w ogóle ktokolwiek coś o tym wiedział?

Latem następnego roku, zanim Sulejmana wydalono z Polski za publiczne niszczenie gipsowych figurek Matki Boskiej w Licheniu, objechaliśmy kujawsko-pomorskie ponownie. Sierpniowe słońce pod dziwnym kątem oświetlało pofalowany krajobraz, pola kukurydzy, zielono-srebrne wierzby, domy porozrzucane na dużej przestrzeni tak, że wszystko to razem wyglądało sensownie, całkiem ładnie i kojąco. Ciężko przyznać, ale logika kujawskiej wsi w miękkim świetle ciepłego, letniego popołudnia wydawała się całkiem do przyjęcia. Łagodnie prezentowała wiekowe osiągnięcia polskiej myśli politycznej. Zawierała syntezę koncepcji urbanistycznych i śmiałych ideałów społecznych. Każdy niech będzie panem na swojej ziemi, w swoim domku na zadupiu. I niech zatruwa życie sobie i innym jak chce. Hałasem, smrodem, spalinami. Bo to, w jaki sposób żyje, nie powinno nikogo obchodzić.

Polacy w miastach lubili spędzać czas razem. Odurzać się w tłumie. Przeżywać grupowo zatracenie. Wyszukiwali wszelkich sposobności. Jeśli ich nie było, sami je stwarzali. Kiedy zabrakło papieża, wysyłali samolot zapakowany elitami politycznymi na wschód. I czekali, co się wydarzy.

Wstydzili się nagiego ciała. Korki w męskich toaletach potęgowały we mnie uczucie ulgi, bo wiedziałem, że pisuary na pewno będą wolne. Oburzone spojrzenia w przebieralniach, na basenach, na plażach, w saunach. Krzyki, wrzaski młodych ojców, jak to dziecko ma normalnie dorastać, skoro musi oglądać moją włochatą dupę. „W zakrystii” – myślałem sobie – „najlepiej pociągając przy tym za pas do sutanny”.

Lubili się kłócić. Byli w stanie zgodzić się tylko w czterech kwestiach. Nienawiści do Ruskich, boskiej nietykalności polskiego papieża, na której zawsze kończył się liberalizm polskich elit politycznych, konieczności kapitalizmu i odmowy ustrojowi socjalistycznemu jakichkolwiek pozytywów lub osiągnięć cywilizacyjnych.

Każdy zakamarek przestrzeni publicznej zagracony był krzyżami lub billboardami. Mury i ściany – idiotycznymi tagami. Sulejman mieszkał w Polsce zbyt krótko, żeby się przyzwyczaić do tego abstrakcyjnego pomieszania teokracji z neoliberalizmem. Do prób urynkowienia każdego obszaru rzeczywistości, a zarazem wypełnienia go treściami symbolicznymi. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego codziennie słyszy kaznodziejów wypowiadających się na tematy, o których nic nie wiedzą.

– Dlatego uciekłem z domu – mówił. – Myślałem, że w Europie będzie inaczej. A tu dzieje się dokładnie to samo, co w Kano.

Powiedziałem mu, że w Polsce nawet ateiści chodzą do kościoła, wierzą w istnienie duszy, biorą ślub kościelny, chrzczą dzieci i wysyłają je do szkół zarządzanych przez święty kościół katolicki. Patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Każdy, kto nie wierzy w Boga, jest wariatem. Ty również, chociaż nie jesteś złym człowiekiem. Ale ta hipokryzja wiedzie ludzi na zatracenie.

Ulice Grudziądza były życzliwe jak pijaczek staczający się do rowu. Męczył nas głód, ale nigdzie nie dało się nic zjeść. Największym wydarzeniem w mieście przez ostatnie dwa stulecia było otwarcie galerii handlowej. Wszyscy klienci wcinali mityczne polskie dobro – kebab w cieście, bo na miejskich straganach jeszcze go nie było. Nie było Greków ani Turków, Jugoli ani Ruskich. Nowoczesność obchodziła Grudziądz szerokim łukiem. Jedynym kontaktem z nią była galeria handlowa. Wszystko inne przypominało obskurną melinę. Dresa można ucywilizować, z menela zrobić eleganta, ale z Grudziądza miasto będzie trudno.

Krzyżackie zamki wzbudzały w Sulejmanie strach, którego nie był w stanie wytłumaczyć. Otwierały w nim potężne drzwi prowadzące do najskrytszych fobii. Podświadomość przetaczała się jak niebezpieczna rzeka wyrzucająca na brzeg ciała jego martwych alter ego. W Elblągu, który głośno pretendował do zostania pierwszym polskim Disneylandem, stan Sulejmana nagle się poprawił. Zarżałem śmiechem, widząc tę makietę. Formalne zamysły twórców architektonicznego cudu nad Wisłą były tak rozkosznie nieudolne, że Sulejman przy robieniu zdjęć radośnie podskakiwał i wymachiwał długimi rękoma. Północna Polska zdecydowanie potrzebowała więcej takich drapieżnych projektów.

Miejscowi patrzyli na nas jak na wariatów. Biegaliśmy, wskazując palcami kolejne okazy z betonowej płyty. Miasto nie wyglądało dobrze nawet na zdjęciach. Przypomniało mi to Bystrzycę Kłodzką, którą widziałem trzy lata temu. Kiedy trzaskałem zdjęcia uroczo rozjebanym kamienicom sypiącym się na łby podchmielonej braci, zaczęli robić straszne miny. Wielkim wyzwaniem dla mieszkańców śródmieścia były moje zielone spodnie. Kojarzyłem im się z niemieckim pedałem. Z puszkami piwa w rękach grozili, że spuszczą mi łomot. Bali się, że przy wywoływaniu zdjęć mogę tajemniczymi machinacjami spedalić ich czyste, dresiarskie dusze.

W ciemni, myśląc o pedałach, wpadłem na inny pomysł. Miała to być ostatnia próba uchwycenia Polski umysłem. Opisać teren zamieszkany przez naród polski obiektywnym językiem imperialnych dyscyplin paranaukowych. Transparentnym językiem brytyjskich antropologów. Tych dziarskich gentlemanów z Oxfordu, Cambridge, Londynu i Manchesteru, którzy w dzień badali system wierzeń ludów Bantu, a wieczorem pili czarną indyjską herbatę z mlekiem z cycka tybetańskiego jaka. Mowę tubylców znałem lepiej niż oni, a w terenie byłem już od paru lat. Chętnie podjąłbym się ekstensywnej analizy zasad ustalania pokrewieństwa wśród ludów zamieszkujących Dolny Śląsk lub Podhale. Nie miałbym też nic przeciwko badaniom eksperymentalnym nad życiem seksualnym polskich aborygenów z obszaru delty Wisły i Pojezierza Mazurskiego. Z systemem wierzeń tych ludów i szerokim polem znaczeń symbolicznych rozciągających się nad rytualnym kupnem samochodu byłem już dobrze obeznany. Również z cyklicznymi libacjami w bramie, związanymi z kultem zmarłych przodków. Organizację i strukturę społeczną tych plemion znałem na wylot. Doskonale orientowałem się w systemie marzeń emerytalnych, rytuałach przejścia (chrztach, komuniach, zaręczynach, ślubach, rozwodach, pogrzebach), skomplikowanej hierarchii znaczeń związanych z pochodami patriotycznymi. Znałem się na świętych miejscach, kultach religijnych, miejscach pamięci pojedynczych ludów i odradzającym charakterze społecznym ustawek, organizowanych przez tajne związki młodych wojowników odzianych w pstre szaliki.

Gdyby było to konieczne, byłbym w stanie myśleć nie tylko funkcjonalnie, ale też strukturalnie. Do mojej paranaukowej koncepcji antropologicznej doskonale pasował opis górnośląskiej konurbacji i kujawsko-pomorskiej wsi. W przyszłości mógłby to być wzorcowy dystopijny model społeczeństwa acefalicznego. Inne obszary plemienne, takie jak Podkarpacie, Podhale czy Podlasie, doskonale sprowadzały się do ram społeczeństwa segmentarnego. Przypomniałem sobie o Sulejmanie, który opowiadał mi o tajemniczych kamiennych kręgach na północy, o czarno-białych geometrycznych tkaninach w „cebulki” z podlaskich wsi, o maskach i przebierańcach, których widział w Beskidzie Śląskim. O kurpiowskich wotach, figurkach ludzi składanych w ofierze z życzeniem śmierci lub uzdrowieniach, które tak bardzo przypominały mu rodzinną Nigerię. Warszawska lekarka, z którą spotykałem się przez pewien czas, wyznała mi w łóżku, że w niektórych podkarpackich wsiach jeszcze początkiem lat dziewięćdziesiątych stare baby przecinały martwym pęciny, aby nie mogli wrócić z zaświatów i szkodzić żywym. Życie tubylców było intrygujące i niezgłębione.

W opis antropologiczny wpisywałem się również ja sam. Tubylcy uważali mnie za członka dzikiego plemienia, które chowało się przed światem w głębokich górskich dolinach, odżywiając się podczas srogich zim tylko smażonym serem z frytkami. Biedniejsi, których nie było stać na frytkownice, odżywiali się według wyobrażeń tubylców tylko chlebem z cebulą i bryndzą. Wiedzieli, że coroczne obrady starszyzny plemiennej odbywają się gdzieś daleko na południu, na styku dwóch dużych rzek, w wiosce nazywającej się Brno. Niektórym tubylcom kojarzył się z moimi rodzinnymi terenami plemiennymi egzotyczny napój o właściwościach wyskokowych – bororo. Mieszanka borowiczki z kofolą, którą piliśmy, żeby lepiej jeździć na nartach. Ten napój pozwalał przekroczyć granice. Nie tylko terytorialne, ale również kulturowe. Nikt się go nie wyrzekał. Wszyscy chcieli lepiej jeździć na nartach. Nawet Polacy.

Oj, podjąłbym się tej próby antropologicznego opisu, podjął. Ale obawiam się, że nic by z tego nie wyszło. Polska mocno opierała się jakimkolwiek usystematyzowanym opisom. Trzeba było ją traktować w sposób wolny, metaforyczny, pełen dzikich analogii lub szczególnie sprośnych alegorii. Była chaotyczna, biedna, brudna, podchmielona, rozwalona. Podnosiła się z kolan, aby znów paść na ryj. Do błocka, z którego powstała, a z którego nigdy się nie wydostała. Pretendowała do nieśmiertelności. Do boskości, na którą według siebie zasługiwała. A o którą cały czas walczyła ze swoim największym wrogiem, Trzecim Rzymem – jeszcze brudniejszym bratem – Wielką Moskowią.

*

Po dwóch dniach dostaliśmy się nad morze. Zwiedziliśmy Tolkmicko, Braniewo, Krynicę Morską, Mikoszewo, Gdańsk i Sopot. Przeszliśmy na piechotę Hel i naprawdę było to piekło – szczególnie estetyczne. Niekończące się bestialskie torturowanie obrazami, ulicami, sklepami, bibelocikami, zapachami. Jeżeli diabeł rzeczywiście istnieje, musi być polskim dizajnerem. Albo architektem.

Pożegnaliśmy się w jednym z dwóch miast, które w tym wielkim kraju jako jedyne nadawały się do życia – w Gdyni. Tym drugim miastem, które Polacy szanowali jeszcze mniej niż modernistyczną Gdynię, była socrealistyczna Nowa Huta. W odróżnieniu od bogacącego się morskiego portu ciągle śniła swój menelski koszmar.

I na razie nikt nie wiedział, kiedy się z niego w końcu wybudzi.

*

– Poczęstujesz mnie pan papieroskiem?

– Proszę bardzo.

– Dziękuję. Skąd pan jesteś?

– Ze Słowacji.
– A dokąd pan jedziesz?

– Do Krakowa.

– Długa droga. Jak się panu Polska podoba?

– Spoko. Ładny kraj. Różnorodny.

– Gówno prawda. Popatrz pan przez okno. Jednolity syf. Chamstwo i mogiła.

– Nie przesadzałbym. U nas jest tak samo.

– Wszędzie pierdolona polityka. Wszędzie buszują oszołomy. Dupa, a nie państwo. Nie można w tym jebanym kraju żyć.

– U nas też nie można.

– A wiesz, że nie wierzę ci Pan. Wy Czesi zawsze byliście sprytniejsi od nas Polaków. Zawsze mieliście lepiej. Zawsze mieliście jakiś pomysł, jak się z gówna wykaraskać.

– No tak. Ale ja nie jestem Czechem.

– A to wszystko jedno. Słowacja, Czechy, Słowenia. Szwejki. Cha, cha, cha.

– To zależy od kontekstu, z jakiego Pan na to patrzy.

– Jakie konteksty, Panie kochany. Przecież nieraz u was byłem. Piwo, gulasz, knedle. Praga, Brno, Budapeszt. Liczą się konkrety, a nie konteksty.

– Ale konteksty w tej akurat sprawie są najważniejsze.

– Co pan pierdzielisz! Jakie konteksty?! Konteksty do niczego się nie nadają! Zresztą papierosa dopaliłem, to konteksty niech spierdalają w czarną dupę. A Pan również. Bo Pan w mordę dostaniesz. Widać, że chociaż całą Polskę przejechałeś, to w ogóle niczego nie zrozumiałeś. Spieprzaj dziadu!

I w ten oto subtelny sposób chciałbym zakończyć ten wprawdzie niemiły tekst o zabarwieniu gonzoidalnym. Bo znów jestem w podróży. Zostawiam za sobą żółte dymy Krakowa, toksyczne chmury, z których padają toksyczne deszcze do toksycznych rzek pełnych toksycznych nurtów.

Mijam Kalwarię, Wadowice, Kęty. Zasypiam. We śnie słyszę dźwięk pękającego szkła, wyginającego się metalu. Zbliżam się do tego mistycznego miasta na granicy dwóch kontynentów, dwóch światów, do krawędzi czasu. Zbliżam się do niego, unosząc się nad polami, pędząc coraz szybciej.

Rozpoczynam „Nowe Życie”.

[Patrik Oriešek]

Tekst pochodzi z 48. numeru „Ha!artu” zatytułowanego Kelet, który ukaże się pod koniec lutego 2015.

Podoba Ci się co robimy? Zostań z nami!

Lubisz obrazki? Śledź nas na Instagramie.
140 znaków wystarczy? Jesteśmy na Twitterze
Chcesz wiedzieć z pierwszej ręki? Lubisz dyskusję? Obserwuj prywatny profil Łukasza Grzesiczaka na Facebooku.
Novinka.pl ma też swój oficjalny profil na Facebooku

O autorze
Dziennikarz i założyciel serwisu Novinka.pl.
Dodaj komentarz

Podaj swoje imię

Twoje imię jest wymagane

Podaj prawidłowy adres email

Adres email jest wymagany

Wpisz swoją wiadomość

Novinka.pl © 2017 Wszystkie prawa zastrzeżone

Designed by WPSHOWER

Powered by WordPress