Renata Putzlacher „W kawiarni Avion, której nie ma” [fragment książki]

„W kawiarni Avion, której nie ma” – fragmenty dziewiątej książki Renaty Putzlacher, poetki, autorki opowiadań, sztuk i adaptacji teatralnych, publicystki i tłumaczki, która od lat dzieli swój czas między Czeski Cieszyn a Brno. W roku 2013 wychodzi polska wersja tej książki, w roku 2014 również czeska.

PYTANIA O TOŻSAMOŚĆ

Życie Gustawa Mahlera było rozpięte między wieloma sprzecznościami. Mój ulubiony kompozytor zawsze i wszędzie czuł się obco: „Jestem skazany na potrójną bezdomność: jako Czech między Austriakami, jako Austriak między Niemcami i jako Żyd wobec reszty świata”. Mój ulubiony poeta Josif Brodski na pytanie, kim jest, odpowiedział kiedyś: „Jestem Żydem, poetą rosyjskim, eseistą angielskim i obywatelem amerykańskim”.

Pytania o tożsamość – takie dostałam zadanie do odrobienia. I paradoksalnie szukam odpowiedzi u żydowskich artystów. Być może dlatego, że ich korzenie są jeszcze bardziej poplątane. Moich praprzodków po mieczu nikt znikąd nie wyganiał, nie zamykano ich w gettach ani w rezerwatach. Mieli jasne włosy i szaro-niebieskie oczy, wierzyli w swojego katolickiego Boga i znali język niemiecki, który nie rezonuje w mej duszy. Byli u siebie, choć nie ogarniali wzrokiem ogromnych połaci austriackiej, a później austro-węgierskiej monarchii. Przewędrowali ją z południa na północ, z zachodu na wschód „aż po kresów kres”.

Gdy z kolei ja zatoczyłam krąg i z Cieszyna, do którego przywędrował mój dziadek, ruszyłam razem z moimi najbliższymi na południe, do Brna, zatrzymałam się na chwilę w regionie Pálava i zrozumiałam, że to jest moje metaxu, moje „skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy”. Nie osiadłam tam, żeby nie utracić tej kruchej pewności.

Malownicze ruiny na wzgórzach, białe skały, winnice, morelowe sady i lustro wody gdzieś w dole, a także pogodni ludzie, ich spracowane dłonie i delikatne podniebienia. Tu już w III wieku, za panowania cesarza Marka Aureliusza Probusa, żołnierze rzymscy z Legionu X Gemina z Vindobony (późniejszy Wiedeń), budując przyczółek obronny pod wzgórzami Pálavy, założyli pierwsze winnice.

Miałam wrażenie, że już tu kiedyś byłam, od razu poczułam się „u siebie”, co do tej pory nie zdarzało mi się w obcych regionach. Moi praprzodkowie przywędrowali na północ ze Styrii, krainy historycznej, która dziś należy do Austrii, a jej południowa część do Słowenii. Tu leży Maribor, miasto muzyków i malarzy – i pewnie jakaś prapamięć o korzeniach oraz to, co jest lotne, słowiańskie i śpiewne we mnie, bierze się właśnie stamtąd, z gleby, która zasila również starą trtę, najstarszą udokumentowaną winorośl na świecie.

 

NA GRANICY

– Panie burmistrzu, nazywam się Singer i chciałbym zszyć to miasto.

– Które?

– Teschen. To znaczy Cieszyn i tę część za rzeką, Cieszyn Zachodni. Te trzy mosty nie utrzymają materii, ona się rozjedzie, popruje. I podryfują te miasta, jedno na północ, drugie na południe. Ta rzeka rozleje się, rozkrwawi, już teraz wygląda jak blizna. Panie burmistrzu, jeszcze jest czas, trzeba szyć…

– Ponosi was fantazja, Singer. Lepiej mi powiedzcie, czy taka ryba złowiona w granicznej rzece jest polska czy czeska?

– To… to jest nasza ryba. Żydowska… Ja, jidische fisch…

– Ryby nie mają głosu, Herr Singer.

 

PUNKTY ZA POCHODZENIE

Pamiętam twarz mojego młodszego brata, kiedy zapytał ojca o jego praprzodków. „Niemcy”, jęknął i miał minę jakby połknął żabę. Jakby nasza mniejszościowa polskość, za którą regularnie obrywaliśmy od czeskich kolegów, nie była wystarczającym handicapem. Gdyby ten dodatkowy, pikantny szczegół naszej genealogii wyszedł na jaw, bylibyśmy nieodwracalnie skasowani w oczach rówieśników. Niemcy – czyli źli. Pokrzykiwano by na nas: „Hände hoch!” albo kazano by nam śpiewać „Tandaradei”, bo jak na złość właśnie ten staroniemiecki refren z filmowych Krzyżaków wszyscy zapamiętali.

Nie rozumiesz, dziadku Rudi? Przez ten dziwny i niejednoznaczny (Niemiec czy Austriak, czy to nie to samo?) rodowód nie zabrałaby cię na swój szlak załoga Rudego 102, a pies Szarik – jakby nie było Rosjanin, czyli „swój”, „dobry” – wyczułby cię na kilometr. Na pewnym etapie mego późnosocjalistycznego dzieciństwa nie przysporzyłbyś mi na podwórku punktów za pochodzenie. Może tylko w szkole, gdybym subtelnie wyznała pani od rosyjskiego, że pochodzisz z terenów Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, aczkolwiek w chwili twoich narodzin tego cudu nie było jeszcze na mapie. Kiedy umierałeś, drżał w posadach mur berliński, a wschodnie mocarstwo powoli sięgało bruku. Vanitas vanitatum, dziadku, wszystkie mocarstwa i systemy to kupa złomu. Jak ten Rudy 102 z lamusa moich wspomnień.

 

PISANIE

To właśnie pisanie, nie blond warkoczyki, które mi niebawem obcięto, i nie perlisty śmiech dziecka, który wkrótce brzmiał dziwnie w domu, który na zawsze opuścił nasz Anioł; to pisanie, beztroskie rymy, które zawsze miałam pod ręką i używałam ich w odpowiednich momentach; to właśnie pisanie pozwoliło mi zaistnieć jako istocie odrębnej, innej od tych wszystkich dzieci z podwórka, może ładniejszych, może bardziej skłonnych do szczęścia i do karania za winy niezawinione, na przykład brak języka w gębie w momentach, kiedy trzeba było wyartykułować po czesku to, co mi w duszy grało w innym języku. Przelewanie na papier tego wszystkiego, co wisiało w powietrzu i nade mną, było próbą oswojenia rzeczywistości i pogodzenia się z tym, czego zmienić nie mogłam. Pisanie – rytualne lizanie ran i jednocześnie kompres na rany przeze mnie zadane…

 

PRZED STU LATY

W 1993 roku ujrzał światło dzienne mój tomik poetycki Ziemia albo – albo. W tym zbiorze znalazł się też mój pierwszy rymowany wiersz, który zawdzięczam rosyjskiemu nobliście. Gdy Josif Brodski otrzymał w 1987 roku literacką Nagrodę Nobla, kupiłam w Krakowie jego Wybór poezji wydany przez Oficynę Literacką. Zwróciłam uwagę na Divertimento litewskie, cykl wierszy, który powstał po kilkudniowym wileńskim spotkaniu trzech poetów: rosyjskiego (Brodski), litewskiego (Venclova) i polskiego (Woroszylski), wiosną 1971 roku. Broski odmalował tu Wilno, miasto Polaków, Litwinów, Rosjan i żydów, jako tygiel krzyżujących się kultur, języków, losów.

Cykl rozpoczynał się od słów „Roditsja by sto liet nazad – Urodzić się tu przed stu laty” i w pewnym momencie zrozumiałam, że od lat pragnę napisać własne Divertimento cieszyńskie. Zawsze kochałam język rosyjski, jego melodię, ale po latach trudnej (proletariackiej i internacjonalistycznej) przyjaźni jakoś nie wypadało się do tego przyznawać. Ale tym razem dzięki melodii, podanej mi niejako przez Brodskiego, mój pierwszy rymowany wiersz „napisał się sam“. „Urodzić się tu przed stu laty / w czas katastrofy kopalnianej…”. Przed stu laty nie było nas w Cieszynie. Nikogo, ani dziada, ani pradziada. Ani po mieczu, ani po kądzieli.

I tu muszę wspomnieć kolejne ważne spotkanie w ramach Kawiarni Avion, której nie ma. Moje Divertimento cieszyńskie doczekało się swej wersji muzycznej (muzyka: Zbigniew Siwek), wydaliśmy też płytę pod tym samym tytułem. W ramach łańcuszka wzajemnych inspiracji w parę lat później powstała czeska wersja owego „przed stu laty”. Też o Cieszynie, ale już bez divertimenta w tytule. Pieśniarz Jaromír Nohavica przedstawił własną wersję rozpoczynającą się od słów: „Kdybych se narodil před sto lety”. Pieśń Těšínská, która po raz pierwszy zabrzmiała w 1996 roku w ramach naszego polsko-czeskiego programu pt. W kawiarni Avion, której nie ma, znalazła się później na jego płycie zatytułowanej Divné stoletíDziwne stulecie. W ten sposób pod cieszyńskim niebem spotkali się Rosjanin, Polka i Czech.

[Renata Putzlacher]

Fragment książki publikujemy za zgodą Autorki. Publikację można nabyć na stronie http://putzlacher.net/avion/book/

O autorze
Dziennikarz i założyciel serwisu Novinka.pl.
Dodaj komentarz

Podaj swoje imię

Twoje imię jest wymagane

Podaj prawidłowy adres email

Adres email jest wymagany

Wpisz swoją wiadomość

Novinka.pl © 2017 Wszystkie prawa zastrzeżone

Designed by WPSHOWER

Powered by WordPress