Czeska bajka – między panem a chamem. Rozmowa z Václavem Burianem

Václav Burian w Cieszynie podczas spotkania w ramach przeglądu Kino Na Granicy | fot. kinonagranicy.pl

W Czechach nie brakuje ludzi mądrych i inteligentnych, ale prawdziwych intelektualnych elit, które miałyby realny wpływ i były moralnie nie umoczone, jest mało – mówi Václav Burian w rozmowie z Łukaszem Grzesiczakiem

Łukasz Grzesiczak: Co się dzieje w czeskiej polityce? Dochodzą do nas skrajne głosy. Niektórzy mówią o wyjątkowym kryzysie demokracji, inni o typowej dla liberalnej demokracji walce politycznej.

Václav Burian: Oczywiście to drugie, ale zanim przejdziemy do rozmowy o tym, czy nasz prezydent Miloš Zeman pije za dużo alkoholu, chciałbym powiedzieć o rzeczy, która mnie najmocniej niepokoi w dzisiejszych Czechach, czyli o wzroście nastrojów antyromskich. Już niemal co tydzień w wielu miejscach mamy z nimi do czynienia. W tym wymiarze to nowe, niepokojące zjawisko.

W niedawnej kampanii prezydenckiej jednym z ważnych tematów był nacjonalizm i rozliczenia z bolesną czesko-niemiecką historią. Oczywiście, chodziło o Niemców sudeckich. Wielu komentatorów uważa, że wyciągnięcie przez sztab Miloša Zemana tej kwestii pozwoliło mu pokonać w drugiej turze Karela Schwarzenberga. I chociaż nie przeceniałbym tego wątku, z pewnością miał on znaczenie.

W Czechach i na Słowacji problem romski na zasadzie fali pojawia się, znika i wraca ze zdwojoną siłą.

Podczas tej kampanii jednak nikt nie dotknął tego dziś prawdziwego i żywego problemu. Wygnanie Niemców przez Czechów dokonało się w czasie, w którym większości z nas jeszcze na świecie nie było. Działania przeciw Romom w Czechach dotyczą konkretnych dzisiejszych sąsiadów. Romowie występują dziś często w takiej roli, w jakiej dawniej przez antysemitów stawiani byli Żydzi. To bardzo niepokojące. Dziś w czeskiej hospodzie – nawet w mieście, w którym nie żyje żadna ani zasymilowana, ani niezasymilowana romska rodzina – „prawdziwi Czesi” przedstawiają Romów jako swój największy problem. Żaden z poważnych kandydatów na prezydenta nie dotknął tego problemu, bo wiedzieli, że mogą na tym tylko stracić. Ten wątek marginalizowany jest także podczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi.

Bagatelizuje Pan bardzo donośne głosy niechęci większości czeskich elit wobec prezydenta Miloša Zemana?

Nienawiść i demonizowanie są tutaj nieproduktywne. Prezydent Miloš Zeman, na pewno bardzo inteligentny człowiek, nie jest mi bliski – nie odpowiada mi jego styl, poczucie humoru, stosunek do kobiet. Jednak nie wiem, w jaki sposób miałby zagrażać czeskiej demokracja czy wolności wyborów. To, że partie polityczne są przez prezydenta Zemana marginalizowane, świadczy tylko o słabości i miałkości tych partii. Ten stan, który bierze się z braku stabilnego elektoratu i nikłej liczby członków, jest niebezpieczny. Ale prezydentowi niewiele do tego.

Po najbliższych wyborach parlamentarnych, o ile powstanie silna koalicja z wystarczającą większością głosów w parlamencie, rola prezydenta zapewne zmaleje. Tu jednak moje obawy są większe: za dużo pojawia się ostatnio partii nieobliczalnych, z retoryką typowo populistyczną, niby to antykorupcyjną, na rzecz ładu i porządku, o wątkach i prawicowych, i lewicowych zarazem.

Dziś w czeskich mediach głównego nurtu ani o polityce, ani o Unii Europejskiej nie mówi się pozytywnie. Urzędnik państwowy musi być skorumpowany, co oczywiście nie jest prawdą. Moje doświadczenia jako obywatela podpowiadają mi, że urzędy na poziomie samorządowym funkcjonują całkiem sprawnie.

Ale wracając do prezydenta: on sam nie jest niebezpieczny. Owszem, wprowadza trochę chaosu do dzisiejszej polityki, ale pozwalają mu na to słabe partie. Większe zagrożenie widziałbym w populistycznych partiach Tomio Okamury czy Andreja Babiša, ugrupowaniach o mocnym rysie oligarchicznym. To partie bez autorytetów politycznych czy moralnych. A już na pewno pozbawione ludzi obliczalnych, o których można by coś konkretnego powiedzieć ze względu na ich dotychczasową karierę polityczną. Te partie nie wnoszą nic poza fascynacją wpływami i pieniędzmi ich liderów.

W weekend poznamy wyniki wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Pokusiłby się Pan o prognozę na temat przyszłej koalicji rządowej?

Przewiduję, jak prawie wszyscy, że socjaldemokraci dostaną najwięcej głosów, ale sami nie będą mogli stworzyć rządu. Złym rozwiązaniem byłoby dopuszczenie do władzy politycznych oligarchów, takich jak Okamura i Babiš. Ale centroprawica może poprzeć taki pomysł antykomunistyczną argumentacją w stylu: wszystko lepsze niż komuchy.

Jednak rządy socjaldemokratów przy cichym parlamentarnym wsparciu komunistów też nie byłyby najlepszym rozwiązaniem. Rozumiem, że są w Czechach ludzie, którzy mają prawo nienawidzić komunistów aż po grób. Ale uważam, że najlepszym wyjściem dla kraju może być koalicja socjaldemokratów i komunistów – tyle że otwarta, oficjalna. Ciche poparcie ma bowiem to do siebie, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co partia za nie dostaje, jakie stołki i gdzie, ile pieniędzy i skąd. Oficjalna koalicja to czysty polityczny biznes, w którym wszystko dzieje się przy podniesionej kurtynie, na oczach wyborców.
Nie lubię komunistów, ale przecież dziś Czechom nie grozi powrót do Układu Warszawskiego ani zawarcie paktu wojskowego z Koreą Północną.

Często słyszymy o planach powrotu byłego prezydenta Václava Klausa do wielkiej polityki? Na ile takie głosy można traktować poważnie? A jeśli to prawda, to co to mówi o współczesnej czeskiej scenie politycznej?

Václav Klaus nie uzdrowiłby czeskiej polityki. Czy jego powrót jest możliwy? Jeśli z niebytu wrócił Miloš Zeman, mógłby wrócić i Václav Klaus. Przy Zemanie wcześniejszy prezydent to sportowiec – nie pali, a alkohol prawdopodobnie pije tylko od święta. Osobiście na jego powrót bym jednak nie liczył.

Osobna sprawa, że głosy o jego rzekomym powrocie wiele mówią o nędzy czeskiej sceny politycznej.

Skąd ten spadek zaufania do elit?

On rzeczywiście jest ogromny – i to jest niebezpieczne. W mojej ocenie aż taka niechęć do partyjnej polityki nie jest jednak uzasadniona.

Co jest jej przyczyną?

W Czechach nie brakuje ludzi mądrych i inteligentnych, ale prawdziwych intelektualnych elit, które miałyby realny wpływ i były moralnie nie umoczone, jest mało. Można to było zaobserwować podczas kampanii prezydenckiej. Niestety, wiele wybitnych osób, jak Tomáš Halík czy Ludvík Vaculík, zachowywało się wtedy niepoważnie. Kult jednego, a obrażanie wyborców drugiego kandydata… Tyle że to nie była kampania, podczas której intelektualiści tej miary musieliby się w ogóle wypowiadać. A jeśli już naprawdę musieli, to powinni łagodzić nastroje. To nie były wybory, w których decydowały się losy czeskiej demokracji. Wyciągnęliśmy armatę, by strzelać do wróbla. Szkoda, bo kiedy demokracja w Czechach rzeczywiście będzie zagrożona, nikt może nas już nie potraktować serio.

Jakąś czeską infantylizację dostrzegam też w tym, że w o wiele bardziej skomplikowanej sytuacji, którą mamy teraz, przed wyborami parlamentarnymi, wpływowi intelektualiści wypowiadają się mniej. Czy dlatego, że nie można już odwołać się do prostego pseudobajkowego przeciwieństwa arystokraty i chama?

Rozmawiał Łukasz Grzesiczak

Václav Burian – czeski dziennikarz, poeta i tłumacz literatury polskiej. Redaktor dwumiesięcznika „Listy”. Mieszka w Ołomuńcu (www.listy.cz).

Tekst ukazał się na witrynie Instytutu Obywatelskiego.

O autorze
Dziennikarz i założyciel serwisu Novinka.pl.
Dodaj komentarz

Podaj swoje imię

Twoje imię jest wymagane

Podaj prawidłowy adres email

Adres email jest wymagany

Wpisz swoją wiadomość

Novinka.pl © 2017 Wszystkie prawa zastrzeżone

Designed by WPSHOWER

Powered by WordPress